Kilka ładnych lat temu, we włoskich mediach pojawiła się wspominka o Pertroviciu, którego dziennikarz nazwał Mozartem. Dziś oglądając z odtworzenia jego wyczyny na parkiecie, trudno chyba było o celniejsze porównanie – Dražen faktycznie był „Mozartem” koszykówki. Na takie popisy nie byli również obojętni działacze z ligi NBA, gdzie trafił jednak późno. Zdecydowanie za późno…

Dražen Petrović wspólnie ze swoim bratem Aleksandarem od małego spędzali całe dnie na boisku, ucząc się koszykarskiego rzemiosła. Każdego roku widać było postępy, a jego brat Aco był już wówczas uznanym zawodnikiem, który niebawem miał przejść do Cibony Zagrzeb. Dražen z kolei już w wieku 13 lat wkroczył w świat koszykówki przez duże „K”, trafiając do lokalnego zespołu Sibenka Sibenik.

Był tytanem pracy, uwielbiał trenować i miał wielką motywację – codziennie rano przed pójściem do szkoły obowiązkowo musiał wykonać 500 rzutów do kosza, bo twierdził, że precyzja i powtarzalność to podstawa. Jego ciężka praca i talent zaowocowały tym, że zaledwie w wieku 15 lat (!) dołączył do pierwszego zespołu, gdzie mógł w końcu pracować z profesjonalistami. Choć w drużynie juniorskiej było wielu chłopców starszych od niego, to jednak on stał się jej prawdziwym liderem, a zdobywanie kilkunastu punktów w każdym meczu przychodziło mu bez większego wysiłku. W 1982 roku Dražen zdobył złoty medal na młodzieżowych ME (rok wcześniej brązowy), a poza tym poprowadził swój klub do finału pucharu Koracza, w którym jednak jego drużyna uległa francuskiemu Limoges. Dla Sibenki i jego młodej gwiazdy to był olbrzymi sukces, ale Dražen wiedział, że prawdziwe wyzwania są dopiero przed nim i… wrócił do sali, gdzie zaczął trenować nawet po siedem, osiem godzin dziennie!

W wieku 18 lat zdobył ze swoim klubem mistrzostwo kraju, jednak mistrzem był zaledwie przez dwa dni, ponieważ ze “względów politycznych” dopatrzono się błędu w sędziowaniu i nie uznano jego dwóch rzutów wolnych, dzięki którym Sibenka wygrała cała serię. Wtedy Petrović już wiedział, że Sibenik stał się dla niego za mały i przeniósł się do Cibony Zagrzeb. Obaj bracia stanowili chyba najlepszą parę obrońców w tamtych czasach w Europie, a Cibona w ciągu czterech lat pobytu Dražena w tym klubie wygrywała prawie wszystko, co było do wygrania w kraju i Europie. Regularnie rzucał po 40 czy 50 „oczek”, ale zdarzało się też 60, 70 i nawet… 112 punktów w jednym meczu (z Olimpiją Ljublana w meczu ligowym – przyp.aut.)! Na takie wyczyny nie byli również obojętni ludzie z NBA, a konkretnie włodarze ekipy z Portland. W 1986 roku Trail Blazers zgłosili Petrovica do Draftu NBA, jednak wtedy nikt nie miał przekonania do graczy z Europy, dlatego też Petrović został wybrany dopiero w III rundzie Draftu z odległym 60. numerem. Dražen nie zaprzątał sobie kompletnie głowy NBA i dalej czarował kibiców swoimi nieprzeciętnymi umiejętnościami w Cibonie.

Choć od trzech lat czekano na „Mozarta” koszykówki za oceanem, to jednak Dražen zdecydował się pozostać w Europie, ale zamienił Zagrzeb na Madryt. Petrović z miejsca stał się postacią numer jeden w Realu, prowadząc „Królewskich” do zdobycia pucharu Hiszpanii i triumfu w Pucharze Europy. W półfinale Real trafił na… Cibonę. Pierwszy mecz odbywał się w Zagrzebiu, gdzie kibice zgotowali “Petro” owację na stojąco. Naprzeciwko siebie stanęli bracia i to młodszy Dražen był górą, trafiając w końcówce decydujące dwa rzuty wolne. W finale Pucharu Europy Real zmierzył się ze Snaidro Caserte, a Petrović po raz kolejny udowodnił, kto jest najlepszym graczem w Europie – zdobył w tym meczu aż 62 punkty! Madryt miał nowego króla, ale…

… NBA wzywała. Miał już 25 lat, na Starym Kontynencie osiągnął już wszystko, więc czas było podjąć rękawicę i zmierzyć z najlepszymi koszykarzami z najlepszej ligi świata. W 1990 roku podpisał kontrakt z Portland Trail Blazers, ale nie był to udany okres w jego karierze, a trener Rick Adelman nie miał zaufania do jego umiejętności i Petrović większość czasu w Portland siedział przyspawany do ławki. Dla Dražena to był szok – oto największa gwiazda europejskiego basketu siedzi na ławie i nie ma możliwości pokazania swoich atutów, będąc jedynie zmiennikiem Clyde’a Drexlera. Jego frustracja rosła z dnia na dzień, aż w końcu na jedno z pytań dziennikarza “Jak się czuje w nowej roli?”, odparł z ironią:

Jak się czuję? Świetnie! Siedzę sobie na ławce, nikt o nic mnie nie pyta, zdobywam kilka punktów na koniec meczu… Mógłbym o sobie powiedzieć, że jestem najwyżej opłacanym graczem w NBA. Zarabiam miliony za pięć minut gry w meczu… Pięć minut, jeśli Adelman ma nastrój i jeśli wynik jest właściwy!

Po tej wypowiedzi było już jasne, że w Portland jest skończony…

Na szczęście przyszło wybawienie i po 18 miesiącach mordęgi w Blazers, Petrović został oddany w 1991 roku do Nets. Po wylądowaniu w New Jersey, pierwsze słowa Dražena brzmiały: Teraz koniec z tym wszystkim, tutaj dostanę to czego chcę (chodziło o czas gry – przyp.red.) i nikt mnie nie będzie ograniczał. I rzeczywiście tak było. Do końca sezonu Dražen grał blisko po 20 minut w meczu i zdobywał średnio 10 punktów. Jednak swoją prawdziwą twarz Dražen pokazał dopiero w następnym sezonie – z niechcianego i niedocenianego zawodnika w Oregonie, stał się jednym z najlepszych graczy na pozycji shooting guard w całej NBA, notując średnią 20,6 pkt. przy 51% skuteczności! New Jersey nigdy wcześniej nie grali w play-off’s, choć mieli w swoim składzie tak znakomitych graczy jak Derrick Coleman czy Kenny Anderson. Wtedy Nets mieli Dražena… i play-off’s!

W tym samym roku – 1992 – odbywały się Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie, gdzie Dražen wraz ze swoimi kolegami z reprezentacji, po raz pierwszy od zakończenia wojny domowej, reprezentował barwy Chorwacji. Oczywiście poza wszelką konkurencją był słynny amerykański „Dream Team” prowadzony przez jego klubowego trenera Chucka Daly’ego, lecz mimo to Chorwaci z Draženem na czele byli jedyną ekipą w turnieju, której udało się po 10 minutach gry nawet prowadzić z USA w finale IO ’92. Petrović zdobył najwięcej punktów w meczu – rzucił 24 “oczka”, jako jedyny tocząc zacięte i wyrównane boje z samym Michaelem Jordanem.

W następnym sezonie NBA Petrović stał się najlepszym strzelcem Nets ze średnią 22,3 pkt. i jedenastym strzelcem w całej lidze (przy fantastycznej 52% skuteczności). Jednak mimo znakomitego sezonu nie znalazł uznania w oczach trenerów i nie wystąpił w Meczu Gwiazd. Dražen był bardzo rozczarowany tą decyzją, tym bardziej że był jedynym graczem, który pomimo tego iż był w piętnastce najlepszych strzelców ligi, nie został zaproszony do udziału w All-Star Game. Fani kochali jego entuzjazm w grze, oraz energię jaką wnosił do drużyny, a jego trener był zachwycony faktem, że po zakończeniu sezonu Dražen wciąż ciężko pracował nad doskonaleniem swojej gry, zwłaszcza obrony.

W jednym z wywiadów dla lokalnego dziennika, Daly stwierdził wprost, że „ekipie Nets nie mogło przydarzyć się nic lepszego, niż przyjazd Petrovicia”. Ale nie wszyscy zachwycali się stylem gry Petrovica, a asystent trenera Paul Silas na łamach „New York Times” powiedział nawet coś takiego: Mamy mały problem z Draženen, bo za dużo rzuca i przetrzymuje piłkę. Dodatkowo wszystkie „ale” dotyczące jego osoby były omawiane za zamkniętymi drzwiami. Petrović był coraz bardziej zmartwiony postawą zarządu Nets, który nie kwapił się do renegocjacji jego kontraktu. Dražen już wiedział, że będzie musiał odejść z Nets, dlatego chciał dołączyć do klubu walczącego o mistrzostwo. Tym klubem mógł być rywal zza miedzy – New York Knicks. W mediach zaczął się wielki szum: Mając Dražena będziemy mieli dokładnie to, czego brakuje nam do zdobycia mistrzostwa – przyznał otwarcie Pat Riley w wywiadzie dla „New York Times”. Wszystkie decyzje w tej sprawie miały zapaść po powrocie Dražena z turnieju kwalifikacyjnego do mistrzostw Europy odbywającego się we Wrocławiu…


7 czerwca 1993 roku Petrović wracał do Zagrzebia przez Niemcy, gdzie odwiedził swojego starego przyjaciela. Za kierownicą siedziała jego partnerka Klara Szalantzy (obecnie żona byłego piłkarza reprezentacji Niemiec i AC Milan Oliviera Bierhoffa). Petrović spał na przednim siedzeniu, nie zapięty pasami. Z tyłu siedziała ich znajoma, reprezentantka Turcji w koszykówce Hilal Edebal. Mijali właśnie miejscowość Denkendorf w Górnej Bawarii, kiedy doszło do niefortunnego zdarzenia… Ciężarówka zablokowała ruch na ich pasie, a pędząca z nadmierną szybkością Klara straciła panowanie nad autem i uderzyła z impetem w tira. Dražen wyleciał przez przednią szybę i nie przeżył tego wypadku, ginąc na miejscu. Nie dane nam więc było przekonać się, czy z nim w składzie Knicks staliby się potęgą, która mogłaby zagrozić dynastii Bulls…

Petrović do dziś uznawany jest za jednego z najlepszych koszykarzy z Europy, którzy kiedykolwiek grali w NBA. Odszedł za wcześnie, kompletnie bez sensu i tej straty fani koszykówki na całym świecie nie potrafią sobie wytłumaczyć do dziś. Co roku 7 czerwca, świat NBA oddaje mu hołd. Również jego przyjaciele, jak chociażby Goran Ivanišević, który zasłynął niezwykle wzruszającą celebracją po wygraniu tenisowego turnieju w Wimbledonie w 2001 roku. Otóż po pokonaniu Patricka Raftera w finale i powrocie do kraju, w jego rodzinnym Splicie odbyła się wielka fiesta, w której uczestniczyło ponad 100 tysięcy ludzi! Ivanišević był noszony na rękach przez fanów, a na sobie miał koszulkę Nets z numerem 3 i nazwiskiem „Petrović” na plecach. Kiedy wreszcie wziął mikrofon do ręki na wielkiej scenie i przemówił, tłum usłyszał wówczas: To dla ciebie Dražen, mój przyjacielu! Mam nadzieję, że patrzyłeś na mnie z góry i Cię nie zawiodłem. Kiedy już po wszystkim jeden z lokalnych dziennikarzy zapytał go o „Petro”, chorwacki tenisista odparł z dumą: On nie tylko był świetnym kumplem i genialnym koszykarzem… On był europejskim Michaelem Jordanem!

 

Tomasz Gawędzki

FreshMail.pl