Po raz pierwszy ciężko mi napisać wspominkę o zawodniku, bo był, jest i na zawsze będzie moim koszykarskim idolem i najlepszym zawodnikiem w dziejach NBA. Nie Magic Johnson, nie Larry Bird (ich grę ledwo pamiętam, a skróty z YT nie załatwiają sprawy), ani też nie Michael Jordan (choć wielki szacunek do niego mam i to od niego zaczęła się moja miłość do basketu) – tylko właśnie Allen Iverson! To on był „moim” Jordanem w całej historii najlepszej ligi świata.

Pozwólcie, że nie będę się rozpisywał o tym, ile to punktów rzucał w sezonie, jakie miał średnie i jakie nagrody zgarniał – to zestawienie nie znajdzie się nawet na końcu tego tekstu. Napiszę natomiast to, co zapamiętałem z jego kariery i czym zasłużył sobie u mnie na największy szacunek. Allen Ezail Iverson od samego początku zaznaczył swoją obecność w NBA.

Wielki Michael się oburzył, o czym świadczą jego słowa: „Powiedziałem Iversonowi, że powinien nas szanować. Nawet jeśli nie szanujesz nikogo innego w lidze, to powinieneś szanować nas. A on powiedział, że nie szanuje nikogo”. To, jak Allen „szanował” Jordana, pokazał w tej akcji… To był właśnie “Pan Odpowiedź”!

To jeden z największych walczaków, jaki biegał po parkietach NBA. Miał wielkie serce do gry, które w parze z jego niezwykłymi umiejętnościami sprawiały, że zatrzymać go można było, tylko… faulując. Tysiące razy lądował na parkiecie, solidnie obijany przez bezradnych rywali. Jego ciało, kości i przebyte operacje mogłyby posłużyć do nakręcenia odcinków “Dr. House” do 2030 roku co najmniej. Wiele razy upadał, popełnił mnóstwo błędów poza parkietem, ale zawsze wracał. Silniejszy niż poprzednio. Wciąż nieustępliwy, wciąż zadziorny, pewny siebie i bez respektu dla nikogo. „Only the strong survive” – tylko najtwardsi przetrwają, tak mawiał. Taki był!

Został zapamiętany także jako arogant i zawodnik, który miał o sobie wysokie mniemanie. Słusznie, bo przerastał umiejętnościami niemal całą ligę w swoim prime time. Pokazał to choćby w akcji, którą z pewnością doskonale znacie…

Finały NBA, rok 2001. Philadelphia 76ers vs. Los Angeles Lakers, mecz numer 1, dogrywka. Nieco poniżej dwóch minut do końca. Lakers prowadzą trzema punktami. Faulowany Allen Iverson wykorzystuje oba rzuty osobiste. W kolejnym posiadaniu trafia za trzy punkty! Na zegarze mniej niż minuta do końca. MVP sezonu zasadniczego ma piłkę w rękach. Przed sobą ma rezerwowego obrońcę Lakers Tyronn’a Lue, który jeszcze nie wie, że za chwilę na stałe wpisze się w historię NBA. Iverson robi błyskawiczny krok do linii końcowej. Crossover z prawej na lewą. Lue wyciąga się jak struna w obronie. Daleki półdystans. Piłka przecina siatkę, dwa punkty dla Sixers. A potem powrót do obrony. Nie obok, ale nad Lue, który chwilę wcześniej potknął się i wylądował na parkiecie. Obraz zwalnia o trzy tempa, a Iverson posyła leżącemu przeciwnikowi jedno ze swoich nonszalanckich spojrzeń, mówiące „Leż chłopcze, nie wstawaj”. Historia, którą filadelfijscy fryzjerzy w czarnych dzielnicach, rozczesując dredy kolejnemu klientowi opowiadają do dziś, na zmianę z opowieściami o tym, jak w tym mieszkaniu za winklem kręcili ujęcia do pierwszej części Rocky’ego. Akcja, która dzisiaj, dzięki Internetowi żyje swoim życiem.


Lata mijały jednak nieubłaganie i w końcu okazało się, że po wielu perturbacjach i powrocie do Philly, musi sobie szukać miejsca gdzie indziej. Wcześniej był w Denver, Detroit i Memphis, a inne kluby już go nie chciały. Wyjechał więc pograć jeszcze do Stambułu, ale powrócił do ojczyzny. Ogłosił ostateczne zakończenie kariery. 1 marca 2014 – w przewie meczu z Washington Wizards – uroczyście zastrzeżono numer #3, jaki nosił Allen Iverson, wieszając banner z tym numerem i jego nazwiskiem pod dachem Wells Fargo Center. To był koniec pięknej odysei, która trwała 15 lat.

„Byłem jednym z tych dzieciaków, którzy chcieli być jak Mike (…) Moim najlepszym momentem kariery była noc draftu, a teraz dzień jak ten. To błogosławieństwo od Boga, że moja koszulka została uhonorowana, cieszę się bardzo, że nie zapomniałem po drodze, kim jestem. To wspaniały dzień, który zapamiętam do końca życia (…) Nie sądziłem, że to będzie takie przyjemne. Ci ludzie rozwinęli dla mnie czerwony dywan. Jeśli jesteś koszykarzem i widzisz, co tu się dziś dzieje, to powinieneś wziąć tyłek na salę i pracować nad swoją grą, bo to zaprocentuje tym, co ci ludzie dla mnie dzisiaj zrobili, a oni naprawdę dali z siebie wszystko. Pokazali, jak bardzo szanują to, co zrobiłem dla tego miasta i tego klubu (…) Kiedy jesteś z tą organizacją tak długo, jesteś na pewno typem gracza, którego nazwisko zawsze będzie kojarzone z tym klubem. Tym właśnie byłem dla Philadelphii. Zawsze będę tu wychwalany, do śmierci. Zdaję sobie z tego sprawę. Akceptuję to, bo sam się na to pisałem. Nie zamieniłbym tego na nic w świecie (…) Dr.J, Moses Malone, Mo Cheeks, Charles Barkley, Bobby Jones – na serio? Teraz moje nazwisko może być wymieniane w jednym szeregu z nimi? Pokażcie mi głupca, który powie, że marzenia się nie spełniają. One własnie się spełniły.” – powiedział “The Answer” na odchodne…

Wieloletni trener Iversona w 76ers Larry Brown, ogłosił: „Bóg mnie tu sprowadził, żebym mógł trenować właśnie ciebie.” Fani zgromadzeni w hali skandowali “MVP! MVP!”, a zawodnicy wystąpili przeciwko Wizards w koszulkach z naszywką „Allen Iverson #3 Sixer Forever”.

 

Oglądanie go w akcji, to była czysta przyjemność. Dziś Allen Iverson kończy 44 lata, więc z tej okazji mówię mu dziękuję!!!

FreshMail.pl