No chyba mogę to napisać bez jakiejś zbędnej wazeliny. Zaimponował mi wczoraj Piast. Przed meczem, znając obecną pozycję BATE w Europie, przychodziło mi do głowy gładkie 3:0 w plecy i dramatyczna jak mickiewiczowska Reduta Ordona, walka na boisku.

Bo czy można było myśleć rozsądnie o wyrównanym pojedynku między kopciuszkowatym mistrzem Polski, a napompowaną kasą załatwioną przez prezesów Kapskich od cara Białorusi Łukaszenki, drużyną z Borysowa? Czy poza nieco szalonymi optymistami i najwierniejszymi kibicami Piasta, przyznajcie to szczerze, ktokolwiek myślał o tym, że Ślązacy wrócą z błot i lasów Białorusi będąc zadowoleni z wyniku? Ja byłem pesymistą. Napiszę to bez zbędnego mącenia wczorajszej przeszłości. Więc kiedy zasiadłem przed telewizorem aby obejrzeć pierwszy od dłuższego czasu polski mecz o „coś” byłem przepełniony ciemnymi myślami. Kurde balans, myślę. To BATE gra w Europie co roku od kilku lat. Co tam gra! Kwalifikuje się do grup w Lidze Mistrzów, tłucze Arsenal u siebie w 1/16 Ligi Europy. Potrafi znokautować Bayern Monachium i siłować się na serio z Juventusem. Cholera jasna, to nie jest dobry prognostyk. Przecież ten nasz Piast jeśli grał już jakimś cudem w pucharach to za każdym razem dostawał manto. Qarabağ Ağdam i IFK Göteborg mocno obrzydziły w Gliwicach Europę.

Pyk, pstrykam pilotem, a tu jakby niespodzianka jakaś. Czerwone chłopki po ekranie całkiem rozsądnie biegają. Kontrolują to co dzieje się na boisku całkowicie. Głowy chłodne, bez paniki akcje rozgrywają. A BATE? No normalnie jakby przyrodzenia pozbawione. Ani nie gryzie, ani nie szarpie, ani nie ujada. Nawet specjalnie strzałów nie oddaje. Trzeba przyznać, że trochę pecha gospodarze mają bo Jahor Filipienka, chytry jak lis obrońca, musi zejść z boiska. Ale mimo to, patrząc na tę drużynę trudno mi sobie ich wielkie oczekiwania zwizualizować.

A Piast tłucze. Co rusz pod bramką  Antona Chichkana jakieś zamieszanie było. A to Czerwiński w sposób cudowny z głowy do pustej prawie bramki nie trafił, a to Valencia w ostatniej chwili zablokowany, a to Parzyszek się z piłką na czas nie zabrał… W końcu bam i gol. Szokujące nieco jeden dla naszych. No to teraz się zbiorą Białorusini, myślę sobie. Przycisną i oblężenie Częstochowy będzie. Przecież BATE batów u siebie dostawać nie lubi. Ale… Ale nic… Piast dalej konsekwentnie swoją taktyką i stylem tłumi werwę przeciwnika. Tam może płomień jest, ale spod czerwonego koca przeciwpożarowego niczego liznąć parzącym ogniem nie potrafi. I nic to, że na jakieś 17 minut gospodarze głowę podnieśli. I nic to, że bramkę w końcu strzelili. Bo ona tylko na Piasta jak kubeł lodowatej wody wpłynęła i zaczął znowu z tą swoją żelazną konsekwencją plan trenera Fornalika realizować. Tak mi się jakoś w trakcie meczu porobiło, że kiedy czerwień zobaczył Stanislav Dragun to żałować zacząłem, że Polacy nie skończyli przeciwnika, że nie dobili męczących się rywali. No cóż, jak to mówi klasyk, apetyt rośnie w miarę jedzenia… Zwłaszcza jeśli jeszcze druga część kolacji do skonsumowania w Gliwicach pozostaje. Bo co by nie mówić, po tym dobrym wyniku, największym błędem byłoby zlekceważyć BATE i iść z nimi do walki z opuszczoną tarczą i mieczem. Tak na pewniaczka. Ale… Ale dziwnie to zabrzmi, wiem. Jednak ufam trenerowi Fornalikowi, że przed tym swoją drużyną uchroni i nawet jeśli w rewanżu coś pójdzie nie tak, to tylko dla tego, że Białorusini swój tajny szósty bieg włączą…

FreshMail.pl