Niedawno opublikowaliśmy pierwszą część wywiadu (TUTAJ), w której Marek Citko opowiedział nam o kulisach swojej kariery, pięknej bramce w Lidze Mistrzów z Atletico Madryt i golu na Wembley, o którym do dziś pamięta cała Polska. W drugiej części bohater „Citkomanii” zdradził nam, jakie wielkie kluby ustawiały się po niego w kolejce i dlaczego ostatecznie nie zdecydował się na transfer do Blackburn Rovers. Jak wiele zawdzięcza Bogu, czy jest dla niego wiara i czy miał szansę zostać Robertem Lewandowskim swoich czasów? Zapraszamy do lektury!

Maciej Gillert/Media Pictures

Pan zawsze otwarcie mówił o swojej wierze w Boga. W czasach, kiedy Pan grał, to nie było zbyt popularne zachowanie…
– Naśmiewano się czasem ze mnie, słyszałem niejednokrotnie, że jestem nawiedzony, niektórzy wręcz uważali, że w ten sposób robię sobie reklamę. Dziś jest inaczej, jest większa świadomość, Kamil Stoch też otwarcie mówi o tych wartościach religijnych i podkreśla, jakie to dla niego ważne. Robert Lewandowski również nie wstydzi się Jezusa i mówi, że wiara jest dla niego istotna, by być dobrym człowiekiem. Cieszę się, że takie nazwiska mówią o tym dziś, bo młodzież ma się na kim wzorować, czegoś się uczy. Dziś piłkarz jest wzorem lub idolem na boisku, ale także poza nim, może coś przekazać wartościowego swoim fanom. Ja byłem z tym tak naprawdę sam, nikt z piłkarzy oprócz mnie nie mówił o Bogu.

Dziś piłkarze, sportowcy – nie boją się mówić o tych sprawach?
– Mam wrażenie, że dziś jest zupełnie inaczej. Wtedy jak mówiłem o wierze, to ludzie się dziwili, o czym ja gadam. Dziś piłkarze są bardziej świadomi tego, że to żaden wstyd mówić wartościach, które kierują naszym życiem. Jeśli chcemy być poważnie traktowani, to nie wystarczy tylko ładnie opowiadać o religii, ale też dać świadectwo swoim zachowaniem. Jeśli będzie inaczej, nie będziemy konsekwentni w swoich poczynaniach, to nikt nam nie zaufa. Czasem słyszymy, jak ktoś opowiada o Bogu, rodzinie, kościele, a potem okazuje się, że na przykład zdradził żonę, zostawił swoich bliskich albo rozbił czyjąś rodzinę.

Ważny jest w tym przypadku charakter?
– Zgadza się, siła charakteru jest kluczowa. Jeśli ktoś jest pewny siebie, pewny swoich przekonań, postępuje według założeń religii, którą wyznaje, to nie będzie miał kompleksów, by otwarcie o tym mówić. To przecież nie jest żaden wstyd, że ktoś wierzy w Boga. Nie można się wstydzić swoich rodziców, bo przecież Bóg Ojciec i Matka Maryja to nasi rodzice, tak samo jak ci ziemscy. Jak ktoś się wstydzi swojej rodziny, to jest to po prostu słabe.

Jak byłem nastolatkiem, to koledzy się ze mnie śmiali, że podziwiam Marka Citko, a po latach mówią mi, że doceniają go jako piłkarza i człowieka i przepraszają, że mnie wyszydzali…
– Trzeba być wiernym swojej drodze życiowej, swoim przekonaniom – wtedy ludzie docenią taką postawę. Załóżmy, że bym się zmienił na gorsze, to twoi koledzy powiedzieliby, że mieli rację, że się nabijali. Ja też słyszałem wiele „szydery” pod swoim adresem, a minęło trochę lat i słyszę, że ludzie doceniają moją postawę. Trzeba być sobą i nie dać sobie wmawiać pewnych rzeczy.

Miał Pan świadomość tego, że to co Pan mówił i robił jako piłkarz, było stawiane za wzór młodzieży?
– Tak, miałem świadomość, że jak coś mówię, to nie mogą to być tylko puste słowa, ale muszą iść za tym w parze czyny. Tylko wtedy mogłem być wiarygodny. Gdybym mówił jedno, a robił drugie, to bym się ośmieszył w ich oczach, a sam bym się ośmieszył przed Bogiem. Pod wpływem mojej postawy ludzie się nawracali, więc brałem pełną odpowiedzialność za swoje postępowanie. Wiedziałem, że moje życie daje mi dużo radości i szczęścia i starałem się zarazić ludzi takim podejściem, by sami się przekonali, jak to jest. Nieraz też popełniałem błędy, upadałem, emocje brały nade mną górę, ale podnosiłem się i nie było opcji, żebym się pogubił w życiu.

To zapewne banał, ale jak jest poukładane w domu, ma się dobre relacje z żoną, dzieci cię szanują, to na boisku ma się „czystą głowę” i można bez kompleksów robić swoje, prawda?
– Zdecydowanie tak, porządek w domu pozwala cieszyć się nawet małymi rzeczami. Chętniej wstajemy z łóżka, śniadanie jest smaczniejsze, jesteśmy pozytywnie nastawieni do swojej pracy i daje nam ona satysfakcję. Jak w życiu jest bałagan, to i w sercu jest bałagan. Kiedy są kłótnie, jakieś niezałatwione sprawy, nienawiść i złe emocje, to idąc do pracy, a w moim przypadku wychodząc na boisko, człowiek o tym myślał i nie zawsze mógł dać z siebie maksa. To przeszkadza najbardziej w czasie treningu, przygotowania się do meczu, bo głowa jest zajęta czymś innym, myśli gdzieś mimowolnie uciekają w innym kierunku. Natomiast jak w domu jest wszystko w porządku, to chętniej nie tylko idziesz do pracy, ale z jeszcze większą chęcią wracasz do domu, bo czujesz wsparcie najbliższych.

Czy dużo tego wsparcia potrzebował Pan po kontuzji w 1997 roku, która tak naprawdę jak się potem okazało, skończyła Pana marzenia o wielkiej karierze?
– Najciekawsze jest to, że nie wiedziałem, co się stało. Myślałem, że ktoś mnie tylko mocno kopnął, ale później trener Franciszek Smuda mówił mi, że było słychać złowieszczy trzask i od razu wiedział, że to coś poważnego. Czy potrzebowałem więcej wsparcia? Wychodziłem z założenia, że taka jest wola nieba. Moją ulubioną księgą jest księga Hioba i mam tak jak on – co mi los daje, to przyjmuję z pokorą. Jak mam zaufanie, że Pan Bóg mnie prowadzi, co mnie nie spotyka, to wiem, że jest to od niego. A jak jest od niego, to jest dla mnie dobre. Żartowałem sobie wtedy, że przez kontuzję mam więcej czasu, mogłem poczytać książki, wchłonąłem całą Trylogię Sienkiewicza, więcej przebywałem w domu z rodziną. Szukałem plusów tej sytuacji, a nie siedziałem i biadoliłem, jak to mam źle. Lekarze nawet się dziwili moim zachowaniem, że po takim nieszczęściu chodzę uśmiechnięty i nie narzekam. Byłem spokojny, nie panikowałem. Wtedy był temat mojego transferu do Premier League, ale może boży plan był taki, żebym do tej Anglii nie jechał?

Był Pan w Blackburn Rovers na testach, wziął udział w treningu, ale twierdził uparcie, że nie chce tam grać. Prawda?
– Powtarzałem wtedy, że Rovers to słaba drużyna, zresztą walczyli o utrzymanie. Ja miałem wtedy 21 lat, nie interesowała mnie taka drużyna. Chcieli żebym przyjechał i wyszedł na trening. Zgodziłem się, aczkolwiek niechętnie… Wziąłem udział w zajęciach i jak to ja, brałem piłkę i się bawiłem. Pokazałem, na co mnie stać, ale grać tam nie chciałem.

Co innego Liverpool FC – kontrakt leżał praktycznie na stole i czekał tylko na podpis!
– Wtedy faktycznie miało dojść do spotkania z szefami LFC, miałem się pojawić na Anfield 30 maja
i mieliśmy rozmawiać. Natomiast 17 maja nabawiałem się urazu… Interesowały mnie tylko topowe kluby, które grają o wyższe cele, a nie tylko o ligowy byt. Nie miałem tak, że uparłem się na Premier League, dla mnie atrakcyjna była każda liga, od holenderskiej, przez niemiecką, po angielską. Był tylko jeden warunek – zespół musiał walczyć o miejsca 1-5. Nie miałem kompleksów, byłem gotowy na każde wyzwanie. Dlatego nie interesowała mnie kwota transferu, którą było chętne zapłacić wtedy za mnie Blackburn. Zarabiałem wtedy nieźle jak na polskie realia i nie musiałem nigdzie iść na siłę. Miałem nosa, bo Rovers wtedy spadli z ligi…

Maciej Gillert/Media Pictures

Może jednak trzeba było tam iść? Jakby się Pan pokazał z dobrej strony, to zgłosiłby się po Pana mocniejszy klub…
– Ja uważałem inaczej. W słabszym klubie masz obok siebie słabszych partnerów. Załóżmy, że bym tam poszedł, dostał plac w trzech meczach z rzędu. Przegrałbym jeden, drugi, trzeci pojedynek, przez trzy mecze nie trafiłbym do siatki albo nie zaliczył asysty, to zaraz siadłbym na ławie i mógłbym już nie odzyskać miejsca w składzie. Wtedy by się zaczęło, że słaby transfer, że po co mnie ściągano i prędzej wróciłbym do Widzewa, niż wytransferowano by mnie do lepszego klubu.

Wspomniałem o Liverpoolu, ale nie tylko ten klub chciał Pana wtedy zatrudnić…
– Miałem też oferty z Arsenalu, Milanu, Interu, Bayeru Leverkusen, kilka propozycji z Hiszpanii. Grałem wtedy w Lidze Mistrzów z Borussią Dortmund, która była odpowiednikiem dzisiejszego Bayernu Monachium, a Atletico Madryt było jak dziś FC Barcelona i co? Dawałem sobie z nimi świetnie radę, więc jak miałem iść do Blackburn, jak wiedziałem, że mam wystarczające umiejętności, by grać w większym klubie? Wyobrażasz sobie, że Robert Lewandowski, kiedy już grał super w Lechu Poznań i reprezentacji, zostaje nagle zawodnikiem… Mainz?

Być może zostałby Pan zawodnikiem jednego z wielkich klubów, ale wszystko przekreśliła kontuzja. Nie miał Pan chwil zwątpienia, nie pytał Boga: czemuś mi to zrobił!?
– Nigdy nie miałem odwagi buntować się przeciwko Bogu. Byłem cierpliwy, choć leczenie i rehabilitacja się przeciągały. Kiedy już wydawało się, że wszystko jest OK i mogę wrócić, to okazało się, że wdał się jakiś stan zapalny i powrót trzeba odłożyć w czasie. Ja wtedy spokojnie przytakiwałem, bo wiedziałem, że tak po prostu musi być. Ciągnęło mnie strasznie na boisko, ale nie złościłem się, że nie mogę grać. Co trzy miesiące miałem konsultację i jak słyszałem, że jeszcze za wcześnie, to mówiłem: „Nie ma problemu”. Czas mi uciekał, ale modliłem się, przyjmowałem ten stan rzeczy i czekałem, aż znów wybiegnę na murawę.

Czy jakby grał Pan dziś w piłkę, to byłby Pan kimś takim dla polskiej piłki i reprezentacji, jak Robert Lewandowski?
– Myślę, że… tak! Potencjał miałem podobny jak Robert, myślę, że bym był wiodącą postacią i ciągnął drużynę za sobą. Nie strzelałem tylu goli co „Lewy”, ale pamiętajmy, że ja nie byłem takim typowym napastnikiem, nie grałem aż tak wysoko ustawiony. Pytanie tylko, czy czekałbym na te gole, czy sam kreował i dogrywał, a strzelaliby inni? Robert ma olbrzymi wpływ na kadrę, nie wiem, czy ja miałbym aż tak znaczący. Dla przykładu – ja strzeliłem na Wembley, ale straciliśmy dwie i przegraliśmy, dziś pewnie taki mecz skończyłby się inaczej, bo Robert ma wokół siebie drużynę, która pomaga mu na boisku.

 

Rozmawiał: Tomasz Gawędzki

FreshMail.pl