Słowo „cud” w Słowniku Języka Polskiego to: niezwykłe, niecodzienne zjawisko; osoba lub rzecz bardzo piękna, niesamowita; szczęśliwy zbieg okoliczności. Wypada się, więc zastanowić czy definicje te mają zastosowanie w tym, co działo się na stadionach Ligi Mistrzów.

Mecz sam w sobie, umówmy się, nie jest żadnym niecodziennym wydarzeniem. Co tydzień, albo nawet częściej, gromada kolesi wybiega na boiska i klepie sobie piłeczkę. Różnica pojawia się w momencie, kiedy jedna ze stron robi coś niezwykłego. Wtedy właśnie wchodzi w „życie” pierwsza definicja. W pewnych okolicznościach z automatu, widzimy też, szczęśliwy zbieg okoliczności. Czy drużyna rozmontowująca, wydawałoby się pewny układ, może stać się piękną bądź niesamowitą? Ja zaryzykuję twierdzenie, że tak.

Przywróciło mi (na chwilę tylko pewnie, ale jednak) wiarę w moc i sens Ligi Mistrzów to, co zdarzyło się z Ajaxem i Manchesterem United. O ile ten pierwszy przypadek to kosmiczna wprost gra, wspaniały i niezrozumiały dla wielu pokaz futbolu z innego wymiaru, to w wypadku Anglików, żadnej piękności nie było. Za to był upór, który z siłą warownej fortecy usadowionej na litej skale trwał, rozbijając drapieżne fale ataków paryżan. Była żelazna konsekwencja, która rozgrzaną do czerwoności obręczą, ściskała narządy rodne francuskich graczy. A gra z takim czymś na słabiźnie jak wiadomo do niczego dobrego nie prowadzi. I nie dajmy się zwieść opowieściom o Dawidzie czy innym Kopciuszku, który pokonuje Goliata . Nazwanie w ten sposób klubu z Manchesteru (Kopciuszkiem) to jakaś pomyłka i jeszcze dodatkowo potwarz, dla marki budowanej przez pokolenia działaczy i zawodników. Ot, spotkały się dwa giganty, z tym, że jeden uzbrojony w miecz i tarczę, ubrany w pancerny szyszak, a drugi goły z powykręcanymi rękami i wybitymi zębami… No i stało się tak, że golas trzepnął po twarzy prawdziwie butnego przeciwnika.

Czy widzieliśmy ajaxowe i manchesterowe cuda? Tak. Zdecydowanie tak. Może nie o takiej skali jak „Cud w Bernie”, czyli finał mistrzostw świata z 1954 roku. Ale takie właśnie mniejsze cudeńka są mi potrzebne, aby wierzyć dalej w futbol, a nie w rządzącą nim mamonę…

P.S: Frajerem pierwszej połowy roku autorytarnie mianuję Ramosa. To co zrobił z kartkami, to też cud, tyle, że w kategorii głupoty. Zresztą smutna jak wysuszona jabłonka prawda, jest taka, że nigdy lotny to on nie był…

FreshMail.pl