20 marca 2019 roku minęło osiem lat odkąd Adam Małysz oddał swój ostatni zawodowy skok. Zakończenie kariery mistrza było imponujące i symboliczne. Skoczek zajął w Planicy trzecie miejsce, a zawody wygrał jego młodszy kolega Kamil Stoch. Było to swego rodzaju przekazanie „pałeczki”…

Podczas swojej kariery Małysz zdobył niemal wszystko: cztery Kryształowe Kule, cztery tytuły mistrza świata i cztery medale olimpijskie. Jedyne czego zabrakło, to olimpijskiego złota, ale dla kibiców nie miało to większego znaczenia. Mimo, że dyscyplina ta przez kolejne sezony poszła lata świetlne do przodu, a sam Kamil przebił osiągnięciami swojego mistrza, to jednak tamte chwile wciąż dla wielu Polaków są esencją sportowych emocji. Co powoduje, że bliżsi naszemu sercu są „sportowcy znikąd” niż profesjonaliści, przygotowywani przez lata do odnoszenia sukcesów? Dlaczego skoki narciarskie choć wciąż budzą ogromne emocje, nie są już tymi samymi skokami, jakimi były za czasów Adama Małysza?

Myślę, że decydują o tym dwa elementy. Pierwszym bez wątpienia jest osobowość, a drugim punkt, z którego się startuje. Adam Małysz był chłopakiem z ewangelickiej rodziny, który stał się symbolem nowej Polski. Można powiedzieć, że wyrósł z biedy, kiedy w polskich skokach jedyne co było pewne to…brak pieniędzy. Zanim talent Małysza objawił się całemu światu, mieszkańcy jego rodzinnej Wisły zbierali dla niego pieniądze na wyjazdy na Puchar Świata. Ten trud był bliższy każdemu z nas, borykającemu się z codzienną rzeczywistością. Za sukcesami skoczka nie stał światowej klasy trener, sztab najlepszych fachowców czy sprzęt z najwyższej półki. Był tylko on, prosty chłopak z wąsem pod nosem, który skakał na nartach. Nikt chyba nie zapomni tego, jak smakowały sobotnie i niedzielne obiady, podczas których towarzyszył nam Adam. Jego sukcesy były jak najdoskonalszy deser. A jeszcze dwa lata przed początkiem Małyszomanii w Polsce, sam skoczek chciał rzucić narty w kąt i wziąć się za inną pracę.

Jednak wytrzymał, nauczył się podnosić po porażkach i iść do przodu. Na przekór wszystkiemu i wszystkim. Jego sukcesy dla każdego z nas były odskocznią od szarej rzeczywistości. To osoba wielkiego mistrza, jego skromność i oddanie temu co robił, wzbudziła w Polakach coś, co nas jednoczyło, bez względu na poglądy polityczne czy status materialny. To on przyciągał do niewielkiej Wisły setki autokarów z wycieczkami szkolnymi, gdzie głównym punktem zwiedzania był dom rodzinny skoczka. Miejsce, skąd wyszedł człowiek, którego sukcesy wymykały się logice profesjonalnego sportu. Przecież inni mieli najlepszych trenerów, zaplecze fizjoterapeutów, sprzęt najwyższej klasy – nieustannie doskonalony o kolejne techniczne nowinki. On zaś miał tylko ogromne serce i wolę walki oraz nas, kibiców gotowych rzucić niemalże wszystko, aby siedząc przed telewizorem być razem z nim w tych doniosłych chwilach.

Wolimy sportowców znikąd niż profesjonalistów, bo są zwyczajnie bliżsi naszemu sercu. Nie są tytanami, którzy w otoczeniu fachowców z prawie każdej dziedziny budują swój sukces. Bliżsi są nam prawdziwi ludzie, którzy zmagali się z takimi samymi problemami jak przeciętny Kowalski, których doświadczył trud życia i zmaganie się z codziennością. Osoby, których mottem życiowym – jak Adama – jest być dobrym i uczciwym. Jak to jest prawdziwe niech świadczy chociażby przykład Lance’a Armstronga. Amerykański kolarz przez lata był w sercach milionów ludzi, nie tylko tych, którzy interesowali się tą dyscypliną. Jego walka z nowotworem, determinacja i powrót do zawodowego sportu (a potem siedmiokrotne zwycięstwo w Tour de France, najcięższym wyścigu kolarskim świata) nie pozwalały na obojętność. Był bohaterem i symbolem dla rzeszy ludzi. Jednak czar prysł, gdy okazało się, że każdy jego sukces był efektem dopingu, a on był tylko trybem w maszynie, który napędzał nieuczciwość w sporcie. Dziś wielu najchętniej wymazałoby go z historii tej dyscypliny…

Dziś w skokach narciarskich Polska należy do światowej czołówki. Mamy doskonałego i doświadczonego trenera, który realizuje swój plan treningowy w oparciu o najnowsze technologie. Odnosimy spektakularne sukcesy, ale też ich wymagamy, bo nasi skoczkowie dysponują doskonałymi warunkami przygotowawczymi. Nie byłoby jednak tego bez Adama Małysza, który ruszył polskie skoki, a swe sukcesy odnosił w partyzanckich czasach. To one nadawały przeżyciom kibiców wyjątkowość, gdyż nie były efektem tego, czego mieliśmy prawo oczekiwać.

Wolimy sportowców znikąd, bo sam wynik sportowy nie zmienia nic w naszym życiu. Kolejne rekordy i pokonywane bariery budzą zachwyt, ale tylko na chwilę. Na zawsze pozostają w nas, gdy oparte są o człowieka podobnego do nas. Nie tego, którego od początku kształtowano na mistrza, ale takiego, który to miano wywalczył sobie sam, pokonując wszystkie te trudności, z którymi zmagamy się również my.

Krzysztof Kalinowski

FreshMail.pl