Był 13 lutego 1988 roku. Michael „Eddie” Edwards, najlepszy – i w sumie jedyny – skoczek narciarski Wielkiej Brytanii wybierał się właśnie na Igrzyska Olimpijskie w Calgary. Skakał fatalnie, jego wyniki były dramatyczne, ale spełniał swoje marzenia i wysłał w świat konkretny komunikat: „Mogę skakać tak samo dobrze, jak każdy inny zawodnik”. Niestety, to było kłamstwo…

Michael jako 8-latek wymyślił sobie marzenie: chciał zostać olimpijczykiem, tylko… nie widział za bardzo w jakiej dyscyplinie. Ktoś powiedział mu o narciarstwie alpejskim i bardzo chciał trenować, tylko problem polegał na tym, że w Cheltenham gdzie mieszkał, nie było warunków do zjeżdżania na nartach. W wieku 13 lat założył po raz pierwszy narty na nogi podczas szkolnej wycieczki do Italii i tak mu się spodobało, że postanowił spróbować swoich w alpejskiej sztuce zjazdu narciarskiego. Zawziął się do tego stopnia, że o mały włos nie uzyskał kwalifikacji na IO w Sarajewie w 1984. Zabrakło niewiele, ale Brytyjczyk podłamał się niepowodzeniem i obiecał sobie, że na kolejną olimpiadę już się dostanie. Wtedy też w jego głowie wykiełkowała myśl, że… może spróbuje swoich sił jako skoczek narciarski? W tym celu wyjechał do USA, by móc trenować w odpowiednich warunkach, ale to przerosło jego możliwości finansowe. Z pensji tynkarza nie starczało mu praktycznie na nic, o opłacaniu treningów nie wspominając.

– Przyszło mi do głowy, że olimpijskie marzenie łatwiej będzie zrealizować w skokach. Taniej i konkurencja w kraju żadna. Pojechałem do Lake Placid, gdzie stało parę skoczni. Popatrzyłem, zapytałem co i jak, pożyczyłem sprzęt, i próbowałem skakać. Najpierw na K-10, potem K-15. Zanim wróciłem do Europy, miałem za sobą skoki na 40-metrowej skoczni. Zainteresowałem się mocniej tą dyscypliną, wysłałem listy do organizatorów różnych zawodów. Okazało się, że muszę mieć licencję krajowej federacji. Brytyjska mi taką wystawiła i mogłem startować. – opowiadał po latach o swoich początkach Edwards. Osiągnął co chciał, mimo iż cierpiał na dalekowzroczność i z jej powodu nosił okulary. Nie zdejmował ich nawet podczas skoków…

Próby w Lake Placid tak go rozochociły, że w 1986 roku za zarobione pieniądze wyjechał do Szwajcarii, a konkretnie do miejscowości Kandersteg. Dlaczego u licha akurat tam? Ano dlatego, że znajdowała się tam skocznia Lötschberg-Schanze (K 96), było dużo śniegu, więc było wszystko, czego Eddie potrzebował do doskonalenia swoich umiejętności. Pracował jako tynkarz, podobnie jak przez całe swoje życie jego ojciec i dziadek, a dodatkowo podejmował się takich prac jak odśnieżanie oraz sprzątanie posesji. Nie miał kasy na mieszkanie, więc spał w stodołach, składzikach na narzędzia, pustostanach i samochodach ludzi, którzy zlecali mu pracę. Był zawzięty i konsekwentnie niemal każdego dnia, nie zważając na warunki pogodowe, oddawał przynajmniej kilka skoków. Jak później przyznał – to był cud, że się nie zabił. Podczas 20 miesięcy przeszedł prawdziwą drogę przez mękę, a jego kartoteka medyczna rosła w zastraszającym tempie: pęknięta czaszka (dwukrotnie!), złamana szczęka, roztrzaskany obojczyk, złamane trzy żebra, uszkodzona nerka i pogruchotane kolano. Za każdym razem jednak wstawał z kolan, zaciskał zęby jeszcze mocniej i przywoływał w myślach słowa, które wypowiedział jako ośmiolatek: chcę być olimpijczykiem!

Był 26 grudnia 1986 roku. Edwards dopiął swego i dopełniając wszystkich formalności licencyjnych, uzyskał od FIS zgodę na udział w konkursie Pucharu Europy w Sankt Moritz. Skoczył tam zaledwie 60 metrów i zajął ostatnie miejsce, ale zyskał wielką sympatię kibiców. Cztery dni później zadebiutował w zawodach Pucharu Świata w Oberstdorfie. Tam oddał skok na odległość 65 metrów i zajął rzecz jasna ostatnie 110. miejsce. Za swój skok otrzymał 15 punktów i cieszył się jak dziecko, a fani razem z nim. To prawdopodobnie wtedy narodziła się legenda Eddie’go „Orła” Edwardsa…

Kolejny sezon 1987/1988 rozpoczął od przedostatniego miejsca w zawodach PE w Sankt Moritz, gdzie wyprzedził tylko swojego rodaka Alana Jonesa. Potem wystartował we wszystkich czterech konkursach 36. Turnieju Czterech Skoczni (!) i trzykrotnie był ostatni, ale w Innsbrucku wyprzedził aż dwóch skoczków: Paula Erata i Konijnenberga, co było jego dotychczas największym osiągnięciem w „karierze”. Przed zimowymi igrzyskami olimpijskimi w Calgary wystąpił jeszcze w dwóch konkursach PŚ i podczas jednego z nich również udało mu się nie być „czerwoną latarnią” w całej stawce – wyprzedził… Jesúsa Lobo, który był niejako odpowiednikiem Edwardsa w Hiszpanii.

Ten osobisty „sukces” natchnął go jeszcze bardziej i zorganizował sobie wypad do Finlandii. Dzięki uprzejmości fińskiej kadry skoczków – mógł trenować razem z nimi i zobaczyć z bliska, jak robią to profesjonaliści. Eddie wciąż jednak w kwestii finansów był goły i wesoły, więc jedyny pokój, na wynajem którego było go stać, było lokum… w zakładzie psychiatrycznym nieopodal Kuopio. Brytyjczyk mieszkał tam przez miesiąc i dorabiał jako malarz pokojowy, a fuchę załatwił mu jeden z trenerów fińskiej kadry, który… również po godzinach pracował jako malarz. To właśnie podczas „pobytu” w psychiatryku Edwards dowiedział się, że jedzie na igrzyska w Calgary!

Skoczkowie z Włoch podarowali mu kask, a Austriacy wyposażyli go w profesjonalne narty, wykonane specjalnie pod jego warunki fizyczne. Trzeba bowiem pamiętać, że Eddie jak na skoczka legitymował się niespotykanymi wręcz parametrami: ważył 82 kg przy zaledwie 173 cm wzrostu! Jedni uważali go za klauna i przebierańca, który na siłę chce zdobyć rozgłos i zarobić pieniądze, a inni podziwiali jego upór i życzyli mu sukcesów. Edwards stawał się coraz bardziej popularny w środowisku i zjednywał sobie fanów swoją prostolinijną postawą życiową, serdecznym uśmiechem, a przede wszystkim szczerością i otwartością. On nikogo nie udawał, nie zadzierał nosa, po prostu – spełniał swoje olimpijskie marzenie. W Calgary oczywiście nie osiągnął nic wielkiego: dwukrotnie zajął ostatnie miejsca w rywalizacji z profesjonalistami, oddając skok na 71 metrów, co było jego najlepszym wynikiem w oficjalnych zmaganiach. Na małej skoczni dwukrotnie wylądował na 55 metrze i… to by było na tyle.

W kolejnych latach incydentalnie pojawiał się na skoczniach jako uczestnik zawodów Pucharu Świata i Pucharu Europy, ale tradycyjnie zajmował ostatnie lokaty. W końcu w 1997 roku po raz ostatni wystartował w zawodach – w Westby zajął 45. miejsce wyprzedzając o dziwo pięciu zawodników, a także 41. Lokatę, zostawiając w pokonanym polu ośmiu skoczków! Eddie zapisał się wtedy w historii skoków niebanalnym wyczynem – w obu tych konkursach… otrzymał ujemne noty punktowe (–10,6 oraz –6,3 pkt.).


Jego „loty” oraz prześmiewczy przydomek „Eagle” (w tłum. „Orzeł”) sprawiły, że znają go fani skoków na całym świecie, a ci, którzy nie mieli o nim pojęcia, mogą zobaczyć film „Eddie the Eagle”, który miał polską premierę w 2016 roku. Eddie’go zagrał pochodzący z Birkenhead Taron Egerton (na zdjęciu poniżej po lewej), a w rolę jego trenera (którego nigdy nie miał) wcielił się znany choćby z sagi o X-Menach Hugh Jackman.

Pieniądze ze sprzedaży praw do ekranizacji Edwards roztrwonił i obecnie jest po rozwodzie, a mieszka… w szopie. Obecnie remontuje dom, który kupił wiele lat temu, ale na razie bardziej przypomina on rupieciarnię. Ale może kiedyś uda się go skończyć… Eddie żyje w biedzie, jednak mimo wszystko nie traci swej pogody ducha, za którą świat go pokochał: – Jeśli mam być szczery, to muszę przyznać, że jestem naprawdę szczęśliwym facetem. Mogę powiedzieć, że byłem olimpijczykiem! – mówi z dumą w głosie legendarny „Orzeł”. Człowiek, który spełnił swoje życiowe marzenie…

FreshMail.pl