22 czerwca 1982 roku. Upalne lato trwa. Żar zalewa ulice jakby chciał wypalić wszystko co żyje. Całe szczęście, powoli, wydaje się leniwie, z ociąganiem, nadchodzi wieczór. Zgodnie z codziennym rytuałem na przystanek między blokami zjeżdżają przegubowe Ikarusy, z których wysypuje się czarna masa robotników Fabryki Samochodów Małolitrażowych…

Czerwone gąsienice zatrzymują się, wysypują żywy ładunek i jadą dalej. Szaroczarna ludzka rzeka, jak co dzień, wylewa się na szerokie betonowe chodniki. Jak co dzień w trakcie wędrówki z szerokiej rzeki robi się potok, a kiedy ostatni robotnicy wejdą do swoich klatek schodowych i mieszkań, znika całkowicie.

Tak przebiega ten pracowniczy rytuał, każdego dnia. Każdego, lecz nie dziś. W jednym z bloków, na pierwszym piętrze powiewa firanka. To otwarte na oścież drzwi balkonowe wypuszczają ją na zewnątrz. Z mieszkania ryczy, podkręcony na maksymalny poziom głośności telewizor Rubin. W zasadzie to nie Rubin, a redaktor Jan Ciszewski, zdziera gardło próbując natchnąć Polaków do strzelenia upragnionej bramki. Prawie 3000 kilometrów od tego śląskiego blokowiska Polacy grają przeciwko Peru o być, albo nie być na finałach piłkarskich mistrzostw świata w Hiszpanii.

Tłum ludzi z przewozów pracowniczych wylewających się chodnikami osiedla gęstnieje, ale nie porusza się. Wszyscy stają pod balkonem słuchając przebiegu spotkania. Jest nerwowo i gorąco. Koniec pierwszej połowy, a ludzi wciąż i nieustannie przybywa. W szatni stadionu El Riazor w La Corunii Boniek ze złości rozbija szklaną butelkę wody mineralnej. Pod śląskim blokiem ludzie tego nie widzą, ale reagują podobnie. Atmosfera robi się gęsta od emocji. Coś wisi w powietrzu, nie dając swobodnie oddychać. Nagle Kupcewicz. Nagle Smolarek pędzi w pole karne jak szalony jeździec bez głowy. Strzela! Gol! Gol! Obcy ludzie wpadają sobie w ramiona. Uwolniony obłęd radości jest nie do opanowania. Lecą w górę torby z roboczymi ubraniami, ktoś otwiera piwo oblewając pianą stojących obok niego. Wszyscy się obściskują, bo już nikt nie jest sobie obcy. Nikt nie jest tylko znajomym z pracy. Nikt nie jest wrednym sąsiadem z góry, zalewającym mieszkanie tego z dołu. Teraz są wszyscy zjednoczeni. Teraz nikt nie myśli o kartkach na cukier. Teraz każdy ma w nosie stan wojenny.

Nagle na innym balkonie pojawia się jakiś młodzieniec. Z czerwoną od emocji twarzą rzuca się z wysokiego parteru na dół. Tam gdzie miesiąc wcześniej zrobiono głęboką piaskownicę dla dzieci. Wstaje i podskakuje. Ale nie z bólu. Nic mu się nie dzieje. Skacze z radości. Tańczy w amoku piłkarskim do końca meczu, bo Polacy strzelają jeszcze cztery bramki, tracąc tylko jedną. To był chyba jedyny taki przypadek, kiedy z okna, w czasie meczu reprezentacji Polski poleciał człowiek, a nie telewizor. W dodatku nie ze złości, a z nieskrępowanej niczym radości…

To niezwykła opowieść, musicie przyznać. Podobne, z wielkim ładunkiem emocjonalnym, znajdziecie w naszej książce „Jak to było naprawdę”. Zachęcamy do lektury!

Norbert Tkacz

FreshMail.pl