Rok 1993. Mecz Polska Anglia na stadionie Śląskim w Chorzowie. Mrowie niebieskich policyjnych Nysek oblepia okolice Parku Śląskiego i dróg dojazdowych do areny meczowej. Stary-Lodówy w liczbie niespotykanej nawet na największych demonstracjach politycznych, prezentują swe prostokątne cielska, odstraszając nabuzowane energią i alkoholem tłumy. Wszelkiej maści policjanci próbują panować nad wrzącymi rzekami kibiców. Jeszcze mecz się nie zaczął, jeszcze nie  wszyscy dotarli na sektory, a już jest gorąco. Coś wisi w powietrzu, jest gęsta, lepka, nerwowa atmosfera. Niby kibice różnych klubów zawarli na czas meczu zgody, niby wszyscy chcą murem stać za reprezentacją Polski, niby Anglicy mają być przeciwnikami. Wszystko to tylko „niby” prawda.

Zaczyna się kilka godzin przed meczem. Pierwsze rozbite głowy, pierwsze krwiaki od kauczukowych pałek prewencji, pierwsze szarpaniny międzyklubowe. Jakaś grupka rozpalonych zadymiarzy Cracovii wpada do tramwaju jadącego w stronę stadionu. Zaczyna się bójka z siedzącymi już tam, kilkoma zwolennikami Pogoni Szczecin. Błyskają ostrza noży. Krew na rękach, krew na podłodze, krew na ubraniach. Nic się nie da zrobić… Ktoś pada martwy… Później, już na stadionie, dochodzi do szalonej chuligańskiej rewolty. Białe pałki policyjne walą we wszystko co się rusza. Pomarańczowe, odwrócone na lewą stronę flyersy chuliganów ganiają służby porządkowe to do góry trybun, to na dół. Drewniane sztachety z ławek latają niczym oszczepy podczas antycznych bitew. Słynni brutalni kibice angielscy są w szoku. Chyłkiem zwiewają ze stadionu, barykadując się w swoim hotelu. Na stadionie 65 tysięcy kibiców jest nie do opanowania.

To co prawda historia sprzed 25 lat, jednak tego rodzaju sytuacje zdarzają się w trakcie meczów piłkarskich do dzisiaj. Wiadomo, zmieniły się stadiony, zmieniły się procedury i sprzęt mające rozwiązywać tego typu problemy. Zmieniły się także pokolenia kibicowskie na trybunach. Jednak jedno pozostało niezmienne. Animozje klubowe nadal rozpalają zmysły kibiców do stanu wrzenia, doprowadzając do wybuchów awantur i zadym między zwolennikami drużyn rywalizujących na boiskach piłkarskich.

Przeciętny kibic, który całym sobą przeżywa występy swojej ukochanej jedenastki, obserwując tego rodzaju wydarzenia, jakoś tak odruchowo chwyta się myśli przenoszącej go w świat idealistycznego, romantycznego futbolu z okresu przedwojennego. Wyobraża sobie, kreuje niemal na własny użytek perfekcyjną czarno-białą krainę, gdzie piłkarze są dżentelmenami, gdzie idea czystej rywalizacji sportowej jest ponad rozliczeniami finansowymi, a kibice co najwyżej leją się kulturalnie parasolkami po głowach. Tak niektórzy z nas, uzależnionych od piłki kopanej mają. Jednak brutalna prawda historyczna bezlitośnie demoluje te romantyczne uniesienia. Awantury między kibicami, piłkarzami, policją, a nawet sędziami, mają bardzo bogatą tradycję. Także tą przedwojenną. Używam tego słowa dość przewrotnie, ponieważ pierwsze w Polsce ekscesy związane z grą w piłkę faktycznie zdarzyły się już przed wybuchem wojny. Tyle że pierwszej, nie drugiej.

Niektórzy autorzy różnego rodzaju treści o historii piłki nożnej (Gawędzki, Pampuch) skłaniają się ku tezie mówiącej iż pierwszą awanturą związaną z meczem piłki nożnej była bijatyka do jakiej doszło we Lwowie w roku 1907. Miała ona miejsce przy okazji meczu Czarnych z Cracovią. Przyczyną niecnych zdarzeń, które rozegrały się pod stadionem było, jak się dziś wydaje nieporozumienie. Otóż krakowianie jeszcze przed wyjazdem do Lwowa wystosowali pytanie do swoich przyszłych przeciwników czy kibice Cracovii przybyli na mecz będą musieli płacić za bilety. W odpowiedzi otrzymali gorące zapewnienia, że nic takiego się nie zdarzy i będą mogli zupełnie darmowo oglądać zawody sportowe. Kiedy więc krakowianie przybyli pod bramy stadionu Lwowskiego Towarzystwa Zabaw Ruchowych, a tam okazało się, że trzeba za bilety jednak płacić, cóż, nie silmy się na lekkie słowa, rozgorzało prawdziwe mordobicie. Dość powiedzieć, że szturmujący zostali odparci przez broniących boiska.

Cracovia w tym okresie miała swego rodzaju pecha do Czarnych. Wydaje się, że wynikało to raczej z niedogadania szczegółów spotkań tych dwóch drużyn niż z chęci sprawienia rywalowi manta. Chociaż (w historii zawsze jest jakieś „chociaż”) wydarzenia z czerwca roku 1910, zdają się zadawać kłam tej tezie. Znowu znajdujemy się we Lwowie i znowu krakowianie grają z Czarnymi. Jak donosi prasa (lwowskie Nowiny i krakowska Gazeta Poranna) zawodnicy Cracovii zeszli z boiska protestując w ten sposób przeciwko obecności w drużynie rywali zawodników z Pogoni Lwów. Mecz wszak miał się odbyć z drużyną Czarnych, a nie zespołem „kombinowanym” jak w tamtych czasach określano drużyny reprezentujące więcej niż jeden klub. Postępek ten wywołał ogromne oburzenie zgromadzonej publiczności, która oczekiwała przecież sportowego widowiska. Najpierw z trybun zaczęły lecieć w stronę krakowian wyzwiska wśród których „tchórze”, „wstyd” i „hańba” były tymi najdelikatniejszymi. Później w ruch poszły kamienie, a jeden z graczy przyjezdnych został poważnie ranny. Jak wielkie było zdenerwowanie zaistniałą sytuacją obrazuje ten fragment relacji korespondenta Gazety Porannej: „Jako charakterystyczny szczegół podnieść należy, że kilku z tych „Krakowiaków”, nadających sobie dla reklamy nazwę „pierwszej partyi polskiej”, nie używa wcale języka polskiego, lecz posługuje się wyłącznie mową hakaty, a jeden z nich posunął nawet swą bezczelność do tego stopnia, że na wystosowane doń pytanie, dlaczego schodzą z boiska, odpowiedział cynicznie: „Ich verstehe nichts polnisch!”.

Cofnijmy się o dwa lata i udajmy się do Krakowa. Miała tam miejsce inna awantura z biletami w tle.

W roku 1908 młodzież grająca w Wiśle postanowiła przed spotkaniem z Pogonią II Lwów wykorzystać wzór podpatrzony przez graczy Cracovii na meczach wyjazdowych w Opawie i odgrodziła boisko od reszty Błoń sznurami. Publika chcąca oglądać widowisko futbolowe musiała zapłacić za bilet, aby wesprzeć w ten sposób borykającą się z chronicznym brakiem funduszy młodą drużynę. Spodziewano się, że podobnie jak w czesko-śląskiej Opawie, widzowie krakowscy kulturalnie uiszczą opłatę i zajmą miejsca na przygotowanym w tym celu terenie. Jednak jak pięknie to ujął relacjonujący wydarzenia dziennikarz krakowskiego Czasu (2.06.1908): „Uwydatniła się różnica między publiką opawską, a krakowską”. Polegała ona na tym, że krakowianie zamiast płacić za bilety, siłą próbowali dostać się jak najbliżej boiska. Eskalacja nastąpiła w drugiej połowie spotkania, kiedy to niesforna młodzież szkolna urządziła frontalny atak na prowizoryczne bramy. Do akcji musiały wejść siły policyjne, dzielnie broniąc wejścia na boisko i rozpędzając chuliganów. Zbulwersowany dziennikarz Czasu napisał: „Zainteresowanie sportem, objawiające się w formach nieprzyzwoitości i niesumienności, nie przynosi zaszczytu mundurkowi szkolnemu”.

Do innego typu  incydentu, choć też z udziałem policji doszło w roku 1910. Także w Krakowie. Mierzyły się ze sobą drużyny Makkabi  Kraków i Hasmonei Lwów. Tłumy ludzi przybyły na mecz tych dwóch żydowskich drużyn. Oczywiście nie wszyscy mieli wystarczające środki aby kupić bilet, więc stada krakowskich łobuzów zwanych andrusami stały poza sznurowym ogrodzeniem boiska. Podobnie jak dzisiaj, tak i w tamtych czasach policjanci pilnujący porządku narażeni byli na nieustające zaczepki ze strony niesfornej młodzieży. Jak opisuje ówczesna prasa, wyzwiska były tak ciężkie i głośne, że jeden z funkcjonariuszy (o numerze 144) zagotował się ze złości i wyciągnął szablę chcąc pogrozić wyrostkom. Począł nią intensywnie machać. Efektem tego było ciachnięcie małżowiny usznej jednego z chłopców. Czy wywiązała się z tego jakaś większa awantura, tego nie wiemy.

Do różnego rodzaju chuligańskich wybryków dochodziło nie tylko z okazji meczów. Zdarzały się one również na treningach. W roku 1912 na krakowskich Błoniach trenująca tam jedna z żydowskich drużyn została sprowokowana do bójki z obserwującą ją młodzieżą. Ugodzony nożem podczas szarpaniny został Bernard Sperling, brat słynnego reprezentanta Polski i gracza Cracovii Leona Sperlinga. Wobec tych faktów interweniowała policja aresztując dwóch studentów. Niestety wokół policjantów zbierał się coraz większy tłum protestując w sposób agresywny przeciwko zamknięciu w pace rzeczonych studentów. Dopiero zdecydowane rozkazy oficera, który wysłał przeciwko tłumowi 40 policjantów z bagnetami na karabinach przywróciły porządek.

Wydaje się, że przed rokiem 1914 awantury związane z futbolem to kwestia niezależna od sympatii klubowych czy narodowościowych. Powodami zajść były kwestie organizacyjne lub wydarzenia wynikając z danej sytuacji. Wprowadzanie opłaty za możliwość oglądania spotkania piłkarskiego, brutalna gra jednej ze stron czy zawód publiki spowodowany nie odbyciem się meczu (z różnych przyczyn) to były punkty zapalne. Oczywiście należy pamiętać o kontekście historycznym i sytuacji polityczno-społecznej w jakiej wydarzenia te miały miejsce. Kolebką polskiej piłki był Lwów i Kraków, które znajdowały się w Monarchii Austro-Węgierskiej, gdzie w interesie państwa było aby wszelkie kwestie narodowościowe i religijne nie zagrażały jedności monarchii. Odzyskanie niepodległości i połączenie w jeden organizm państwowy terenów dotychczas znajdujących się w trzech różnych krajach otwiera nowy rozdział w polskiej historii. Nie inaczej jest z piłką nożna.

Dalszą część tej historii znajdziecie w książce „Jak to był naprawdę”, którą można kupić TUTAJ.

 

 

 

FreshMail.pl