6 lutego 1958 roku był dniem, w którym nie tylko futbolowy świat zatrzymał się w miejscu. Kiedy informacja o rozbitym samolocie z piłkarzami Manchesteru United trafiła do opinii publicznej, na Wyspach Brytyjskich i na całym świecie polały się łzy…

Manchester United w 1958 roku był na ustach kibiców w całej Anglii. Matt Busby i jego „dzieciaki” grali fenomenalny futbol. Zanim udali się bo Belgradu na rewanżowy mecz ćwierćfinałowy Pucharu Europy z Crveną Zvezdą, rozgromili u siebie Bolton Wanderers 7:2, a na Highbury ograli Arsenal 5:4. Ten mecz do dziś wspominany jest przez fanów „Czerwonych Diabłów” jako najlepsze spotkanie ekipy Busby’ego na brytyjskiej ziemi.

5 lutego Man Utd grali rewanżowy mecz ćwierćfinałowy Pucharu Europy. Na Stadion Jugoslovenske Narodne Armije ściągnęło 52 tysiące widów z nadzieją, że Crvena Zvezda po porażce zaledwie 2:1 n Old Trafford odrobi straty na swoim terenie. Tymczasem po 30 minutach zawodów było 0:3 dla gości z Anglii – na listę strzelców wpisali się Dennis Viollet oraz Bobby Charlton (dwukrotnie). Po zmianie stron piłkarze z Belgradu rzucili się do odrabiania strat i zanotowali ostatecznie remis 3:3, który premiował awansem do półfinału „Czerwone Diabły”. Po meczu była feta i zakrapiany bankiet. Piłkarze Busby’ego ustawili się do pamiątkowego zdjęcia. Nikomu nie przyszło wtedy do głowy, że to ich ostatnia fotografia w życiu w takim składzie… już wiedzieli, że powrót do domu będzie upływał .

6 lutego 1958 roku. Samolot G-LZU AS 57-609 linii Elizabethan, z piłkarzami United w szampańskiej atmosferze na pokładzie, wystartował z lotniska w Belgradzie w drogę powrotną do domu. W stolicy Jugosławii panował wówczas piękna, słoneczna aura. Jedni grali w karty, inni wertowali sportowe nagłówki gazet, część zawodników odsypiała poprzednią noc… Konieczne okazało się lądowanie po drodze w Monachium i dotankowanie paliwa. Wszystko trwało zaledwie 20 minut, nikt z pasażerów nawet nie opuścił pokładu. Kiedy jednak kapitan podczas dwóch prób startu usłyszał, że silniki nie pracują tak jak powinny, postanowił opóźnić lot i sprawdzić stan techniczny maszyny. Pogoda była fatalna, śnieg i błoto zalegające na płycie lotniska Munich-Reim nie wróżyły niczego dobrego. Przy trzeciej próbie startu znów coś poszło nie tak, wskaźniki prędkości zaczęły spadać w zastraszającym tempie. Maszyna, która początkowo się poderwała z płyty lotniska, zaczęła tracić wysokość. Kapitan James Thain, wspominał po latach, że drugi pilot zaczął wrzeszczeć: „Jezu, nie uda nam się!” Thain pamięta tylko tyle: „W tym momencie spojrzałem przez okno. Przed sobą mieliśmy dom i drzewa…”

Maszyna staranowała ogrodzenie lotniska i z impetem uderzyła w budynek gospodarczy. Samolot rozpadł się na dwie części, natychmiast stając w płomieniach. Pech polegał na tym, że aeroplan trafił w zabudowanie pełne paliwa i opon. To było spotkanie ze śmiercią. Była 15:04… Wszyscy siedzący w ogonie samolotu zginęli na miejscu. W sumie tragedia pochłonęła 23 ofiary, w tym ośmiu dziennikarzy i siedmiu piłkarzy. Ósmy – Duncan Edwards, nadzieja brytyjskiego futbolu – zmarł po piętnastu dniach. Pozostałe ofiary to pracownicy klubu i dziennikarze. Cała Anglia wstrzymała oddech…

Tego dnia Jimmy Murphy, asystent Busby’ego, który nie poleciał do Belgradu, zjawił się na Old Trafford zupełnie nieświadomy wydarzeń z Monachium. Wayne Barton w książce „Jimmy Murphy. Człowiek, który ocalił Manchester United” tak wspomina te wydarzenia, cytując słowa Murphy’ego:

„Wpadłem do biura i minąłem Almę George, naszą sekretarkę… Ale oprócz niej nie było nikogo. Nie było nawet szefa, co było dziwne. (…) Nikt się tam nie kręcił. Nalałem sobie i Almie po drinku. Powiedziała: nic nie słyszałeś, Jimmy? O czym – zapytałem. Samolot się rozbił.

Nie dotarło to do mnie. Powtórzyła swoje słowa. Wypiłem kolejnego drinka, o wiele szybciej niż poprzedniego. Alma ponownie powtórzyła wypowiedziane wcześniej zdanie, po czym zaczęła płakać. Wówczas informacja uderzyła we mnie z impetem. Pomyślałem: dobry Boże, nie… (…) Poszedłem do swojego biura i płakałem przez 20 minut. Nie potrafiłem w to uwierzyć.”

Dzień później Murphy udał się do Monachium… samolotem, wraz z rodzinami ofiar wypadku, także z żoną i dziećmi Matta Busby’ego. Menedżer United znajdował się w krytycznym stanie, przebywał pod specjalnym namiotem tlenowym i walczył o życie (zdjęcie poniżej). Murphy odwiedzał po kolei sale, na których leżeli jego piłkarze. Kiedy stanął przy łóżku Duncana Edwardsa, jego serce pękło na pół. W książce Bartona czytamy:

„(…) Duncan pomiędzy kolejnymi oddechami pytał o swój zegarek. Zawodnik uporczywie twierdził, że został mu skradziony, chociaż siostra salowa przekonywała, iż kiedy go przywieziono, nie miał go na ręce. Dopiero jeden z członków ekipy ratunkowej odnalazł ów przedmiot i przekazał jej. (…) Okazało się, że nie nadawał się do naprawy. W łamiącej scenie Murphy udał się do Duncana i założył mu zegarek na nadgarstek. (…) Ten zapytał: o której jutro jest mecz? Murphy w szoku odpowiedział: o trzeciej, synu. Pokażcie im – wyszeptał Duncan. Chłopak ponownie stracił przytomność, gdy Jimmy trzymał jego rękę. „Masz swój zegarek z powrotem” – wyznał trener.”

Murphy potem znów udał się do łóżka Busby’ego. Ten mimo swojego fatalnego stanu wyznał mu na ucho: „Utrzymaj ten klub przy życiu Jimmy. Utrzymaj, dopóki nie wrócę.” Po tych słowach Murphy poprzysiągł przyjacielowi, że odbuduje klub, a nazwa Manchester United nie zginie z futbolowej mapy. Następnie Walijczyk z poważną miną stanął przed dziennikarzami oświadczając:

„Widziałem się z chłopakami. Kończyny oraz serca mogą być złamane, ale duch drużyny wciąż jest. W ich imieniu przekazuję, że klub nie umarł. Manchester United nadal żyje. Mój szef i przyjaciel, Matt Busby, chciał, żebym wam powiedział, że „Czerwone Diabły” to przetrwają. Mamy takie motto na Old Trafford: praca oraz mądrość. Praca najlepszych zawodników w kraju oraz mądrość najlepszego menedżera uczyniły ten klub takim, jaki jest. To będzie długa, bardzo długa walka, ale wspólnie mamy nadzieję, że wrócimy ponownie. My wiemy, że oni wrócą. Muszą, gdyż są najlepszymi z najlepszych.”

Dekadę po tej jednej z największych tragedii w historii piłki nożnej, sympatycy Man Utd mieli swoją chwilę chwały oraz powody do radości. Oto 29 maja 1968 roku na Wembley „Czerwone Diabły” zagrały z Benfiką Lizbona w finale Pucharu Europy. Anglicy po dogrywce wygrali 4:1, wlewając w serca swoich kibiców nieopisaną radość, którzy jeszcze dziesięć lat wcześniej opłakiwali tragicznie zmarłych idoli… Jimmy dotrzymał słowa – ocalił klub. Busby wraz z Murphym przywrócili United wielką chwałę. Amen.

Książkę Wydawnictwa ARENA – „Jimmy Murphy. Człowiek, który ocalił Manchester United”, w której przeczytacie więcej o tych tragicznych wydarzeniach z Monachium, możecie kupić klikając TUTAJ.

FreshMail.pl