Zapewne o Joe DiMaggio niewiele osób słyszało, niewielu ludzi wie, o kim mowa. W Polsce wie o nim zapewne taka garstka śmiertelników, która interesuje się dyscypliną, którą on uprawiał – czyli baseballem. Jeśli napiszę, że był słynnym w latach 40. i 50. amerykańskim sportowcem, zainteresuje to nielicznych. Ale jeśli dodam, że był mężem Marilyn Monroe? Robi się ciekawiej…

commons.wikimedia.org

Joe DiMaggio i Norma Jeane Mortenson, a potem Norma Jeane Baker – znana światu bardziej jako Marylin Monroe – poznali się w 1952 roku. Przez dwa lata ich miłość kwitła w najlepsze i wydawało się, że znana z burzliwego życia prywatnego słodka Marylin zostanie usidlona. Tak też się ostatecznie stało – para 14 stycznia 1954 roku pobrała się (było to drugie małżeństwo aktorki). Byli uznawani za ikony ówczesnej kultury, tak jak David i Victoria Beckham. Jak się potem okazało, był to początek końca ich namiętnego związku…

Małżeństwo DiMaggio i Monroe zbiegło się w czasie, kiedy Joe powoli przechodził na sportową emeryturę, natomiast Marylin była u szczytu popularności. Koncertowała i podróżowała po całym świecie, małżonkowie coraz rzadziej się widzieli, a DiMaggio szalał z zazdrości, oglądając w telewizji występy swojej żony przed nieprzebranymi tłumami rozgrzanych do czerwoności mężczyzn.

Te wszystkie czynniki sprawiały, że coraz częściej dochodziło między nimi do kłótni i awantur. Status gwiazdy sportu, legendy New York Yankees bladł coraz bardziej, natomiast popularność Monroe – wręcz odwrotnie. Świat stał przed nią otworem, zaczęła szturmem zdobywać Holywood, a ikoną stylu i seksapilu stała się po rolach w takich hitach jak „Mężczyźni wolą blondynki” i „Jak poślubić milionera”. Marylin zaczęła także pozować jako modelka, a po tym, jak w 1953 roku jej edytorial pokazał się na okładce i rozkładówce „Playboya”, a następnie świat obiegła słynna scena z uniesioną podmuchem z kanału wentylacyjnego metra białą sukienką w filmie „Słomiany wdowiec w Nowym Jorku” – miarka się przebrała, zazdrość wzięła górę!

Joe wpadł w szał i postawił żonie ultimatum – albo on, albo takie życie, jakie do tej pory prowadziła gwiazda sceny. Marylin nie musiała się długo zastanawiać i pomimo tego, jak stwierdziła po kilkunastu latach w swoich pamiętnikach – „tylko Joe naprawdę i szczerze kochała” – para wzięła rozwód po zaledwie 9 miesiącach od ślubu, potwierdzając modne wówczas powiedzenie, że najczęstszą przyczyną rozwodów są śluby.

commons.wikimedia.org

„The Yankee Clipper”, jak DiMaggio był nazywany przez kibiców, po rozwodzie przyrzekł sobie, że nigdy więcej się nie ożeni, chyba, że jego żoną miałby zostać… Marylin. Aktorka natomiast dwa lata po rozstaniu z baseballistą ponownie wyszła za mąż, poślubiając dramaturga Arthura Millera i zmieniając wyznanie na judaizm refermowany (różni się on od tradycyjnego judaizmu rabinicznego przede wszystkim uznawaniem prawa żydowskiego za historyczne i podlegające reformom, oraz pełnym równouprawnieniem kobiet w liturgii). W czasie trwania tego związku Joe czytał w prasie coraz to nowe plotki o miłosnych wyskokach swojej byłej żony, oglądał do znudzenia filmy z jej udziałem i marzył o tym, by znów być ze swoją „blondyneczką”.

W 1956 roku zaświeciło się dla niego przysłowiowe światełko na końcu tunelu – Monroe i Miller, po tym jak gwiazda kina dwa razy poroniła, rozstali się w wielkiej kłótni, nagrywając przy okazji film o sobie, zatytułowany „Skłóceni z życiem”. DiMaggio obejrzał i to dzieło, by dowiedzieć się, jakich błędów znów nie popełnić, gdyby na nowo udało mu się podbić serce Marylin. Joe dopiął swego – znów zaczął się widywać z najsłynniejszą blondynką świata, spędzali razem czas upajając się sobą na nowo, a w głowie legendy baseballa za życia wykiełkował szalony pomysł – chciał się… ponownie oświadczyć!

DiMaggio umówił się z Marylin na niedzielne popołudnie 5 sierpnia 1962 roku. Plan miał już ułożony: najpierw uroczysty obiad pod palmami, potem romantyczny spacer brzegiem plaży i wreszcie gwóźdź programu – przepiękny pierścionek zaręczynowy, którego był pewien, że jego ukochana nie odrzuci. Joe przybył do posiadłości Monroe na umówioną godzinę 13:00 i jego świat legł w gruzach – Marylin nie żyła, nie zdążył… O 3:25 nad ranem na biurku sierżanta Jacka Clemmonsa, który owej sobotniej nocy pełnił obowiązki szefa posterunku policji w zachodnim Los Angeles, zadzwonił telefon i gruby, męski głos w słuchawce oznajmił: „Marilyn Monroe nie żyje, popełniła samobójstwo…”

8 sierpnia 1962 roku, dokładnie o 13:00 (godzina, na którą Joe był umówiony z Marylin w dniu, kiedy znaleziono ją martwą), wielebny A.J. Slodan poprowadził kondukt żałobny z trumną Monroe na cmentarz w Westwood w Los Angeles. Życzeniem gwiazdy było, aby na jej pogrzebie zagrano utwór Judy Garland „Over the rainbow” (Gdzieś poza tęczą). DiMaggio, który zorganizował całą ceremonię dopilnował, aby ostatnie życzenie jego „blondyneczki” zostało spełnione. – Jakże piękną uczynił ją Stwórca – mówił w kazaniu żałobnym wielebny, a Joe płakał jak bóbr. Na lektora mowy pogrzebowej DiMaggio wybrał przyjaciela, pisarza i poetę Carla Sandburga, ale ten zaniemógł i jego miejsce zajął Lee Strasberg, znany wówczas reżyser filmowy.

Pogrzebowy „spektakl” był skromny, bo Di Maggio opracował sobie plan ceremonii, według którego nikt spośród ludzi kina i sceny nie weźmie w nich udziału. Nie udało się jednak uciec od błysków lamp aparatów fotograficznych. Mimo to, Joe DiMaggio grał swoją rolę do końca: rolę ochroniarza, którą Marylin wyznaczyła mu raz na zawsze, gdy się poznali. Jak czytamy w książce „Ostatnie seanse Marylin Monroe” Michela Schneidera, Marylin „powierzyła mu pieczę nad swym ciałem, by się w nim nie zatracić”.

commons.wikimedia.org

Pogrążony w niewypowiedzianym smutku Joe DiMaggio przez dwadzieścia następnych lat, trzy razy w tygodniu, posyłał na jej grób pół tuzina czerwonych róż. Zgodnie ze złożoną sobie kiedyś obietnicą – nigdy więcej się już nie ożenił. W 1999 roku zmarł po walce z rakiem, a według relacji jego adwokata ostatnimi słowami DiMaggio były: „Wreszcie zobaczę się z Marylin…”

 

Tomasz Gawędzki

FreshMail.pl