Był sylwester 1991/92. Cała Francja bawiła się w najlepsze, szampan lał się strumieniami, ale jeden człowiek z pewnością nie myślał wtedy o tym, by wylać coś za wysoko postawiony kołnierzyk. Pierwszego dnia 1992 roku w południowej części Francji, gdzieś nad Morzem Śródziemnym, przy granicy z Hiszpanią, wystartował samolot. Kierunek? Wyspy Brytyjskie!

Pewnego listopadowego chłodnego wieczoru w Liverpoolu, ekipa z Anfield rozbiła w rozgrywkach Pucharu UEFA francuskie Auxarre gładko 3:0. Po boisku biegał Zbigniew Kaczmarek, ale zasiadający na trybunach Michel Platini nie był akurat nim zainteresowany. Przyleciał do miasta Beatlesów, by załatwić transfer rodakowi. Menedżer The Reds Graeme Souness po spotkaniu i awansie do kolejnej rundy był w dobrym nastroju, więc zgodził się na spotkanie z Platinim. Ten od razu przeszedł do konkretów i przy lampce wina oznajmił Szkotowi, że jest możliwy natychmiastowy transfer do LFC kogoś, kto z miejsca stanie gwiazdą nie tylko klubu, ale i całej ligi angielskiej. Ten „kogoś” nazywał się Eric Cantona i grał dla Olympique Marsylia. Souness opróżnił szybko swój kieliszek, podziękował grzecznie za ofertę uznając, że nie zamierza zaburzać proporcji w szatni i wyszedł, zostawiając Platiniego skonsternowanego samemu sobie. Tym bardziej, że Szkot miał w tym momencie do dyspozycji czterech napastników: Iana Rusha, Johna Barnesa, Dean’a Saundersa i Ronny’ego Rosenthala. Cały misterny plan poszedł w p..du.

Eric miał już 25 lat i był zdruzgotany faktem, że nie przeniesie się na upragnione Wyspy Brytyjskie. Liverpool go odrzucił, ale on się nie zraził. Uparł się, że będzie grał w Anglii i za chwilę los w końcu się do niego uśmiechnął. Znów dzięki Platiniemu pojawiła się opcja wyjazdu na testy do Sheffield Wednesday, z czego Cantona bez zastanowienia skorzystał. Pokazał się z bajecznej strony, Anglicy byli oczarowani jego techniką użytkową i z miejsca chcieli przeprowadzić transfer. Kiedy jednak przeliczyli funty w sakiewce, wyszło im, że jest dziurawa i trochę im brakuje. Cantona okazał się dla nich za drogi, ale z nosem zwieszonym na kwintę nie zamierzał wracać do ojczyzny. W końcu udało się Ericowi dojść do porozumienia z klubem, który włączył się „do akcji” jako najbardziej niespodziewany. Cantona znienacka został zawodnikiem Leeds United, które zapłaciło za niego… 900 tysięcy funtów! Takie to były czasy, jeśli chodzi o kwoty transferowe…

Cantona wprowadził się wyśmienicie do nowego zespołu i choć strzelił tylko 3 gole w 15 meczach, to walnie przyczynił się do mistrzostwa Leeds. Francuz zaliczył kilka asyst przy trafieniach najlepszego snajpera ligi – klubowego kolegi – Lee Chapmana i pokazał, że można na niego liczyć. Francuz walczył z pasją, demonstrował brawurowe wślizgi, rozdawał łokcie na lewo i prawo, uprawiał „trash talking” lepiej niż Michael Jordan na parkietach NBA … Dał jasny sygnał wszystkim rywalom, że to on tu od teraz rządzi. Eric nie dość , że zdobył z Leeds tytuł, to jeszcze dorzucił do tego Charity Shield (Tarczę Dobroczynności – przyp.aut.). A zrobił to w iście królewskim stylu! Na jeden dzień zdetronizował Królową, bo wszystkie media 8 sierpnia 1992 roku pisały tylko i wyłącznie na temat krnąbrnego marsylczyka. Ten zanotował bowiem na swoim koncie na Wembley w boju o Charity Shield przeciwko Liverpoolowi… hat-tricka! United pokonali The Reds 4-3, a Cantona wznosząc trofeum w geście triumfu krzyczał w stronę fanów z Anfield: „Frajerzy, mogłem ten puchar zdobyć dla was!”

Minął tydzień, kibice w królestwie Wielkiej Brytanii ochłonęli, a Cantona znów dał im powód do rozmów w pubach. Leeds ogoliło Tottenham 5-0, a Francuz znów zapakował hat-tricka. Tym razem jednak niechcący przeszedł do historii, bo działo się to 25 sierpnia 1992 roku. Wtedy już poruszaliśmy się w realiach pierwszego sezonu tworu, który oficjalnie nazywał się Premier League. To był pierwszy przypadek, że ktoś ukłuł trzykrotnie w tej formie rozgrywek. Król Eryk!

Te wyczyny marsylczyczka nie mogły przejść niepostrzeżenie. Alex Ferguson, który wówczas stał ze sterami Manchesteru United wymyślił sobie, że gole dla jego zespołu będzie zdobywał Cantona. Jak pomyślał, tak zrobił. W listopadzie – dokładnie 26 – 1992 roku stało się jasne, że 1,2 mln £ ostatecznie przekonało włodarzy Leeds do tego, żeby Eric zamienił Elland Road na Old Trafford. Francuz spełniał swoje marzenia – trafił do Teatru Marzeń! Najlepsze jest to, że w pierwszej kolejności pod uwagę był brany transfer Matta Hirsta z Sheffield Wednesday, potem Matta Le Tissiera z Southampton, a dalej Briana Deane’a z Sheffield United. Cantona był numerem 4 na liście Fergusona!

Wcześniej wymienieni nie trafili do Manchesteru, dlatego też Eric wjechał na Old Trafford na białym koniu i w momencie rozwiązał problemy „Czerwonych Diabłów” z nieskutecznością. Kasa na Cantonę miała być ze sprzedaży Denisa Irwina, ale ten postanowił nigdzie się nie ruszać, mimo zainteresowania… Leeds. Ferguson ostatecznie przekonał zarząd klubu do tego, że potrzebuje napastnika w walce o „majstra” i warto wydać trochę grosza, który szybko się zwróci. Władze Leeds szybko doszły do wniosku, że jak nie teraz, to nigdy. Cantona został czerwonym diabłem! Reszta jest historią, którą zapewne doskonale znacie… Jeśli nie, to za jakiś czas przedstawimy ją Wam ze szczegółami godnymi Sherlocka Holmesa.

 

Tomasz Gawędzki

FreshMail.pl