W ostatnich dniach to kolejna przykra informacja ze świata sportu… 12 lutego 2019 roku, w wieku 77 lat zmarł Lucjan Trela. Pięciokrotny mistrz Polski w boksie w wadze ciężkiej, najsłynniejszy sportowiec w historii Stalowej Woli. Człowiek, który jako jedyny nie został znokautowany przez George’a Foremana podczas Igrzysk w 1968 roku…

„Trela to ciekawy pięściarz, obdarzony dobrą orientacją, dysponujący silnym ciosem, a przy tym sam odporny na uderzenia. Swój niski jak na wagę ciężką wzrost i krótki zasięg ramion równoważy szybkością akcji, zręcznością i ogromnym zasobem żywotności. Waży 83 kg przy wzroście 172 cm. Czy to za mało? Nie ma ściśle ustalonej miary na dobrego boksera. Zawodowy mistrz świata wszechwag w okresie 1906-1908 Tommy Burns mierzył tylko 171 cm, a jego waga nie przekroczyła nigdy 81 kg. Trela ma 26 lat. Czy to za dużo? Sama data urodzenia nie decyduje o sukcesach na ringu. Burns miał 25 lat, kiedy zdobył tytuł światowy. Słynny Rocky Marciano, czempion światowy wszechwag w okresie 1952-1956, który nie doznał w swojej karierze ani jednej porażki, ważył nie więcej niż Lucjan Trela, przewyższał go tylko o 6,5 cm, a tytuł zdobył, mając lat 29. (…) Ja osobiście wierzę, że Lucjan Trela wykołuje jeszcze niejednego dużego w kraju, a na pewno się nie zlęknie i tych dużych z zagranicy!”.

Któż był tymże prorokiem, który w połowie 1966 roku wywróżył naszemu bohaterowi świetlaną przyszłość i nie pomylił się wcale? Ano sam Aleksander Reksza, ekspert największy z największych, w roli wieloletniego redaktora naczelnego „Boksu” cieszący się równie wielkim autorytetem co słynny Nat Fleischer jako szef „The Ring” za oceanem. Reksza znał się na rzeczy jak mało kto, choć jak każdy popełniał błędy. Uważny czytelnik zapewne zwróci uwagę na mimowolne postarzenie Treli, który w chwili sięgania na wrocławskim ringu po pierwszy tytuł mistrza kraju miał w istocie 24 lata. To jednak ma niewielkie znaczenie w stosunku do trafności horoskopu Rekszy. On bowiem widział to, czego inni dostrzec nie umieli. Że rozpoczyna się frapujący, a zarazem – ze względu na mikre parametry fizyczne Treli i kategorię wagową – jakże sympatyczny rozdział w historii polskiego boksu.

Od postawienia w Sanoku pierwszych bokserskich kroków do triumfu we Wrocławiu upłynęło osiem lat. Tyle czasu zajęło Treli pokonywanie kolejnych szczebli i powiększanie kapitału doświadczenia. Zaczęło się od sukcesu w mistrzostwach Polski juniorów, które w 1960 roku rozgrywano w Cetniewie i Grudziądzu. Wcześniej trzeba było się przebić przez eliminacje strefowe. Trela tego dokonał, choć w ostatniej walce przegrał z juniorem Avii Świdnik Wiesławem Furmankiewiczem. W mistrzostwach Polski otworzyła się szansa wzięcia rewanżu, w pojedynku decydującym o złocie górą był Trela. Miał w dorobku ledwie 13 walk, w tym 11 zwycięstw, za turniej mistrzowski zebrał ciepłe recenzje. Redaktor Jan Wojdyga: „Dobry materiał na wartościowych pięściarzy posiadamy także w wadze ciężkiej. Czwórka półfinalistów: Trela (Rzeszów), Furmankiewicz (Lublin), Nowacki (Poznań) i Jainta (Gdańsk) to zawodnicy o mniej więcej równym zasobie umiejętności. Z wyjątkiem Treli (niski) pozostali odznaczają się doskonałymi warunkami fizycznymi. W tym układzie może się wydać paradoksem, że właśnie reprezentant Rzeszowa Lucjan Trela, którego warunki fizyczne absolutnie nie predestynowały do odegrania pierwszoplanowej roli, sięgnął i to w sposób jak najbardziej zasłużony po mistrzowską szarfę. Swoje fizyczne braki nadrabiał on wielką ambicją i zaciętością”.

Trela, który miał szczęście do świetnych trenerów (Ludwik Algierd, Józef Kruża, w kadrze sam Feliks Stamm), wspinał się na wierzchołek mozolnie, krok po kroku. We wczesnych fazach turniejów mistrzostw Polski zamykali mu drogę Tadeusz Branicki, Włodzimierz Biel (miał jeszcze brata Kazimierza) i Tadeusz Kubacki. Z kolei do starć z Władysławem Jędrzejewskim miało dojść dwukrotnie w strefach półfinałowych, ale tylko druga konfrontacja doszła do skutku w Krakowie, bo wcześniej na rzeszowskim ringu postawiła weto kontuzja. Wreszcie doszło do upragnionego triumfu we Wrocławiu w 1966 roku. To wkrótce zaowocowało uplasowaniem się na szczycie prestiżowego rankingu wagi ciężkiej corocznie rozpisywanego na łamach „Boksu”. Ale nade wszystko w otrzymaniu w następnym roku nominacji na mistrzostwa Europy w Rzymie. Tam Walijczyk Dennis Avoth został zmuszony do poddania w trzeciej rundzie, ale Mario Baruzzi był w ćwierćfinale już poza zasięgiem. Włoch ostatecznie sięgnął po tytuł, a do Treli nie wnoszono pretensji o tę porażkę. „Nie sądzę, aby jakikolwiek inny polski pięściarz wagi ciężkiej dokonał czegoś większego niż Trela” – wyraził pogląd inny as naszego dziennikarstwa sportowego, redaktor Jerzy Zmarzlik.

Jesienią przyszło Lucjanowi Treli bronić tytułu podczas mistrzostw kraju w Łodzi, gdzie w finale skrzyżował rękawice z dysponującym atutem własnego terenu Kubackim. „I ta walka była wielce emocjonująca, a przy tym prowadzona w niezwykle mocnym tempie. Początkowo przewagę miał szybszy i uparty w atakach Trela, który jednak sporo sił zużył bezużytecznie, bo często pudłował. W trzecim starciu nieoczekiwanie poderwał się do szturmu Kubacki i, lokując liczne ciosy w szczękę i w tułów przeciwnika, zaczął go zmuszać do odwrotu. Tym świetnym finiszem Kubacki zaskoczył wszystkich, ale nie pomogło mu to już zapewnić zwycięstwa. Porwana atakiem swego pięściarza łódzka widownia przyjęła głośnym protestem werdykt sędziowski przyznający wygraną Treli stosunkiem 3:2. Rozumiem zawód publiczności, ale nie podzielam jej zdania” – uczciwie odniósł się do sprawy Aleksander Reksza. Dał tym jeszcze jeden dowód, że był wychowany na dobrej, przedwojennej szkole. Jednym z jej żelaznych kanonów było zajmowanie przez dziennikarza wyłącznie własnego, choć czasem i może trącącego subiektywizmem, stanowiska.

W reprezentacji Polski Trela zadebiutował jeszcze w 1966 roku. Zaczęło się nader pechowo, od berlińskiego meczu z NRD. Przy stanie 10:8 gospodarze rzucili do boju Bernda Andersa, który kilka lat wcześniej olśnił talentem w dramatycznym boju z Tadeuszem Walaskiem jeszcze w wadze średniej. „Mamy remis – pomyślałem. – Lucek wprawdzie debiutuje w oficjalnym meczu reprezentacji, ale przecież po Władku Jędrzejewskim to najdzielniejszy z polskich «ciężkich». Wygra! Anders to dzisiaj przeciętny bokser” – zdradzał wiele lat później obecny w Berlinie imiennik Treli, redaktor Lucjan Olszewski. Były wszelkie dane, aby horoskop Olszewskiego sprawdził się, bo Trela walczył jak się patrzy. Nie miał jednak szans w walce z dwoma rywalami. Oto Andersowi postanowił przyjść z odsieczą arbiter Joachim Wolff. Gdy Anders z każdą sekundą tracił siły, Wolff wspierał rodaka wlepianiem Polakowi bezpodstawnych ostrzeżeń. W końcu Herr Wolff poszedł na całość, krótko przed końcowym gongiem Trela został zdyskwalifikowany. Nikt nie wiedział, że w sędziowskim areopagu objawi się wkrótce jeszcze większy „talent” od Wolffa. Był to osławiony Gustav Baumgardt, który w meczach NRD z Polską miał zapisać wyjątkowo ohydną kartę. Nasz bokser popłakał się wtedy jak bóbr, obawiając się przy tym, że już nigdy nie otrzyma ponownej szansy.
Tak się jednak nie stało, Treli nikt nie miał zamiaru skreślać z listy reprezentantów. A rok po Berlinie wziął srogi rewanż za tamtą krzywdę. W warszawskim meczu z NRD w przeciwnym narożniku ustawił się Jürgen Schlegel, brązowy medalista rzymskich mistrzostw Europy. Mimo to rozmowa trwała krótko. Trela „złamał” znacznie wyższego rywala ciosami na korpus, a popisowy cios na szczękę bezapelacyjnie zamknął sprawę. Wynik 18:2 przyjęto z euforią, po raz pierwszy od wielu lat zaintonowano Sto lat. Tkwiła w tym dedykacja dla Pana Lucka, którego zwycięstwo wieńczyło ten bokserski koncert. Szybkimi krokami zbliżała się olimpiada w Meksyku. „Klasę międzynarodową reprezentuje jedynie mistrz i reprezentant Polski, Trela” – jasno stwierdzono w prasie. Poznański przegląd kadr w trakcie mistrzostw kraju w pełni potwierdził tę opinię. „Z przyjemnością trzeba powiedzieć, że właśnie Trela wykazuje stałe postępy w wyszkoleniu. Jego praca w ringu jest coraz bardziej urozmaicona. Boksuje płynnie i dobrze manewruje pomiędzy linami. Winszujemy mu tego, co już osiągnął i życzymy dalszego, jeszcze pełniejszego rozkwitu” – nieco w patetycznym tonie szykowano pana Lucjana do dalekiej wyprawy. W Poznaniu nie miał konkurentów, łącznie z wrocławianinem Ludwikiem Denderysem, którego zdecydowanie pokonał w finale. A jaka panowała sytuacja na światowych ringach? Kadrowe trzęsienie ziemi nastąpiło za wschodnią granicą, gdzie poza znakomitym Wiktorem Agiejewem (waga lekkośrednia bądź średnia) surowe konsekwencje pobicia przygodnych ludzi w moskiewskiej kawiarni Lira dotknęły w wadze ciężkiej Aleksandra Wasiuszkina. Z kolei Aleksandr Izosimow znajdował się pod kreską po nieudanym starcie w rzymskich mistrzostwach kontynentu. Ostatecznie zdecydowano się na Litwina Jonasa Czepulisa. Tradycyjnie mnóstwo do powiedzenia mieli na olimpiadach Amerykanie, z których kredytem zaufania zaczęto obdarzać George’a Foremana. Był na dorobku, jeszcze popełniał podstawowe błędy regulaminowe (dyskwalifikacja z Dieterem Renzem podczas meczu RFN – USA), ale kto miał zostać sukcesorem Eda Sandersa (1952), Pete’a Rademachera (1956) czy Joe Fraziera (1964)? Włosi miotali się z dokonaniem wyboru między mistrzem Europy Baruzzim a Giorgio Bambinim, ostatecznie zdecydowali się na drugiego z nich. W stawce byli ponadto groźny Rumun Ion Alexe, wysoki jak tyka i dobry technicznie Bułgar Kirył Pandow, solidnie wyedukowany Holender Rudi Lubbers (miał w przyszłości zrobić dużą karierę na zawodowych ringach). O Andersie (NRD) już wspominaliśmy, honory gospodarza pełnił Joaquin Rocha. Przyjemnym zwiastunem startu na igrzyskach było uwiecznienie Treli, w towarzystwie „półciężkiego” Stanisława Dragana, na okładce „Boksu”.

Ale nad naszymi reprezentantami w najcięższej kategorii ciążyło jakieś przedziwne fatum. Od razu przewracali się na pierwszej przeszkodzie i nijak nie udawało się przerwać tej czarnej serii. Tomasza Konarzewskiego pokonał w Paryżu w 1924 roku Duńczyk Robert Larsen, co można było potraktować jak frycowe za brak międzynarodowego doświadczenia, polski boks dopiero raczkował. Dwanaście lat później w Berlinie słynący z „dyszli” nowotarski góral Stanisław Piłat przespał pojedynek z Jose Feansem (Urugwaj). Trzej kolejni rywale Biało-Czerwonych byli z bardzo wysokiej półki. Antoni Gościański nie miał w Helsinkach (1952) żadnych szans w starciu z Litwinem Algirdasem Szocikasem (ZSRR). Władysław Jędrzejewski poszedł w Rzymie (1960) na ryzykowną wojenkę z Danielem Bekkerem (RPA) i gorzko, a zarazem bardzo szybko tego pożałował. Zgoła inne nastroje towarzyszyły próbie skrzyżowania rękawic przez Jędrzejewskiego z Wadimem Jemielianowem (ZSRR) podczas olimpiady w Tokio (1964). Były to podłe nastroje, bo wiedzieć trzeba, że w ciągu niespełna roku dzielącego od startu na igrzyskach fantastycznie zapowiadający się Jemielianow zdemolował polską czołówkę w tej kategorii. Jędrzejewski został zastopowany w Łodzi, Gugniewicz w tym samym miejscu, Włodzimierz Biel w Moskwie. W hali Korakuen też nie było wątpliwości, prymat Jemielianowa nad Jędrzejewskim znów był oczywisty i ponownie zakończony nokautem. Całości obrazu dopełniały planowane absencje. Waga ciężka w ogóle nie była obsadzona przez polski narożnik w Amsterdamie (1928), Los Angeles (1932, ale tam naszych bokserów w ogóle zabrakło), Londynie (1948) i Melbourne (1956).

Egzotyczna wyprawa do Meksyku miała szczególny kontekst, ale już wokół ringu. Chętnych do towarzyszenia ekipie pięściarzy było oczywiście znacznie więcej niż miejsc. Trela wespół z kolegami optował, aby jedyne wolne miejsce dla działacza PZB zajął wiceprezes Hieronim Mrozowski, a nie inny prominentny funkcjonariusz Stanisław Cendrowski. Nikt jeszcze nie wiedział, że sprawa odbije się rykoszetem cztery lata później przy toczeniu wyścigu o olimpijskie paszporty do Monachium. Na razie jednak sprawą o kluczowym znaczeniu były wyniki losowania. Wyszło najgorzej jak tylko to możliwe, bo w przeciwnym narożniku stawał Amerykanin Foreman. Ludzie znający specyfikę karier US Boys mogli wcześniej i później dostarczyć multum dowodów, że już w trakcie igrzysk dochodziło do metamorfozy. Przekształcania się dopiero co nieopierzonych adeptów w znakomitych pięściarzy. W Tokio tak było na przykład z Frazierem, który z każdą akcją nabierał umiejętności i klasy. Foreman podobnie, w chwili krzyżowania rękawic z Trelą dopiero wchodził na wysokie obroty. I to amerykańskie marzenie mogło się skończyć szybciej niż się zaczęło. Akurat za sprawą Polaka, o którym w poolimpijskim komentarzu napisał Jerzy Zmarzlik: „Tego zawodnika było najbardziej żal. Od razu w pierwszej walce trafił na reprezentanta USA George’a Foremana, który później został mistrzem wszechwag. W kategorii startowało 16 zawodników, a wśród nich dwaj, wyraźnie klasą przewyższający pozostałych, Foreman i Trela. Tak więc w pierwszym pojedynku wagi ciężkiej odbył się od razu finał tej kategorii”.

Zmarzlik raz jeszcze: „Znacznie niższy i lżejszy Trela z bezprzykładną ofiarnością przez trzy rundy atakował Amerykanina, nie dawał mu ani na chwilę wytchnienia. Kto wie, jak by się potoczyły losy walki, gdyby nasz pięściarz nie zainkasował w drugiej rundzie potężnego, ale nieumyślnego ciosu w nerki. To osłabiło jego siły. Na finiszu nie mógł już atakować z takim impetem. Wygrał Foreman 4:1 (60:58, 59:60, 59:58, 59:58, 60:57). Później Foreman roznosił pozostałych rywali, wygrywając wszystkie walki przed czasem”.

O inną refleksję, zresztą w swoim stylu, pokusił się Tadeusz Olszański, którego bardzo interesowały kulisy sportu, więc i boksu: „George Foreman z USA w drugiej rundzie kończy pojedynek z Jonasem Czepulisem. Potwierdzają się nasze przypuszczenia z początku turnieju. Trela był jedynym bokserem, który przez trzy rundy jak równy z równym walczył z olbrzymim Murzynem. Potem Foreman znokautował kolejno Rumuna Alexe, Włocha Bambiniego i wreszcie Czepulisa. Nie wiem czy za dwa, trzy lata Trela nie będzie mógł opowiadać: stoczyłem walkę z aktualnym zawodowym mistrzem wszechwag! Przypominacie sobie słynny pojedynek w Rzymie Pietrzykowski – Clay? Historia lubi się powtarzać”.

Pan Lucek zanotował w ringu niewysoką porażkę. Za to zdecydowanie wygrał Trela na gruncie kodeksu honorowego, choć o tym w kartach punktowych nie zachował się żaden znak. Rozliczne ślady ciosów Foremana pozostały natomiast na twarzach wszystkich następnych konkurentów, których bezpardonowo nokautował Amerykanin na zasadzie coraz sprawniej działającego automatu. W towarzystwie innych mistrzów olimpijskich z Meksyku zagościł wkrótce Foreman u prezydenta Richarda Nixona. Ta oficjalna wizyta nie każdemu musiała przypaść do gustu. Zwłaszcza Clayowi, wtedy już Muhammadowi Alemu. On nigdy, a zwłaszcza w tamtych czasach, nie mógł wybaczyć Białemu Domowi upiornego hasła „Wietnam”. Przytoczoną nieco wyżej hipotezę redaktora Olszańskiego zweryfikował sam Foreman cztery lata później z małym okładem, gdy w Kingston na Jamajce błyskawicznie zdetronizował Fraziera, zostając czempionem wagi ciężkiej. Zatem historia z Pietrzykowskim i Clayem znów się powtórzyła. Natomiast niemal w ćwierćwiecze pasjonującego boju w Meksyku życie dopisało znamienną puentę na arenach igrzysk w Barcelonie. Otóż „Big George” mimo upływu tylu lat doskonale pamiętał o Treli. „Taki mały, a tak mnie bił!” – wspominał Foreman dramatyczną walkę z Trelą, komplementując pana Lucka. Ten zaś pewnikiem nigdy nie zmieni przekonania, że w Meksyku spotkała go krzywda.

Interesujące, że cztery dekady później niewiele brakowało, aby doszło do dodatkowej rundy. Anonsowany na październik 2008 roku przyjazd Foremana do Stalowej Woli miał przypomnieć po 40 latach walkę słynnego Amerykanina z dzielnym Polakiem. Gdzieś na uboczu fety planowano jubileusz 85-lecia działalności Polskiego Związku Bokserskiego. Kiedyś potężnej organizacji grupującej mądrych działaczy (Roman Lisowski), znakomitych trenerów (Feliks Stamm), obiektywnych sędziów (Edward Łaukedrey) i wielkich pięściarzy. W zderzeniu z nader smętną rzeczywistością ochocze podłączenie się PZB do wspomnieniowego nurtu wydarzeń było głęboko uzasadnione. Ba, stanowiło konieczność. Przecież niepomiernie łatwiejsze było złożenie głębokich pokłonów Frankom Szymurom, Zbyszkom Pietrzykowskim, Jurkom Kulejom i Heniom Średnickim niż doczekanie się na igrzyskach w Pekinie kolejnych medalistów olimpijskich.

Trela, w wadze ciężkiej spryciarz jakich mało, niewątpliwie zasłużył na ten wyjątkowy splendor. Meksykański pojedynek z Foremanem już dawno przeszedł do legendy z ogromnym mozołem tworzonej w turniejach najwyższej rangi przez zupełnie innych wagowo poprzedników pana Lucka. Pietrzykowski zderzał się z Laszlo Pappem (Węgry) i ­Cassiusem Clayem (USA). Leszek Drogosz bajerował Wołodię Jengibariana (ZSRR), choć bywało też odwrotnie. Tadeusz Walasek nie krewił wobec Nino Benvenutiego (Włochy). Marian Kasprzyk ze złamanym kciukiem wykazał męstwo wobec Rikardasa Tamulisa (ZSRR). Kulej z kolei miał pełną świadomość, że o wyniku każdej walki z Janosem Kajdim (Węgry) musiały decydować najdrobniejsze detale. Za sprawą Foremana doszło kolejne wielkie nazwisko, w tym przypadku konkretnie kojarzone z Trelą. Za to ostatecznie nie doszło do gali w Stalowej Woli, choć Babilon Promotion zdążyła wyprodukować reklamowy klip. Foremanowi podobno nie zgadzał się stan oferowanej kasy i odwołał przyjazd. Dziury w skromnym budżecie zdecydowanie bardziej doskwierają Treli, który odczuwa codziennie, ile kosztują leki schorowanego emeryta…

Wróćmy do kariery, która w czasie igrzysk meksykańskich znajdowała się w apogeum. Wiosną 1969 roku Trela niespodziewanie jednak abdykował na tronie polskiego króla wagi ciężkiej, ale nie miało to nic wspólnego z obniżką formy. Oto przytrafiła się kontuzja nosa, co akurat na ringu w Mielcu nie pozwoliło bronić tytułu, choć nieco wcześniej nie miał groźnych konkurentów w eliminacjach wojewódzkich. Po tytuł sięgnął Ludwik Denderys i to on pojechał na mistrzostwa Europy do Bukaresztu, skąd wrócił z brązowym medalem. Te sukcesy zawodnika Gwardii Wrocław spowodowały krótką zmianę na liście rankingowej „Boksu”, gdzie po cokolwiek bezbarwnym roku 1969 Trela obsunął się na czwartą lokatę (za Denderysem, Kubackim i Gugniewiczem). Sprawy wróciły do normy niebawem, po mistrzostwach w Opolu w 1970 roku, gdzie w finale Trela wypunktował Denderysa.

I podtrzymał dobrą passę w warszawskim meczu z NRD. Wprawdzie na ustach wszystkich znalazł się schodzący ze sceny Jerzy Kulej dzięki koncertowemu rozegraniu pojedynku z Peterem Tiepoldem, lecz i Trela miał powody do satysfakcji po wypunktowaniu Dietera Limanta. „W wadze ciężkiej mocna jeszcze pozycja Lucjana Treli. Zdobył on tytuł mistrza kraju, wygrał dwa mecze międzypaństwowe. (Drugie zwycięstwo odniósł w Kolonii, pokonując renomowanego Petera Hussinga – JC). Zwyciężył też Ludwika Denderysa, któremu przyznaję drugie miejsce” – napisał Lucjan Olszewski, wówczas oprócz pracy dziennikarskiej kapitan sportowy PZB.

Na mistrzostwa Europy do Madrytu ponownie jednak wysłano Denderysa i ten znów nie zawiódł, raz jeszcze docierając do strefy półfinałowej. Treli na osłodę pozostało zwycięstwo nad Nickiem Wellsem w międzypaństwowym meczu Polska – USA. I piąty, już ostatni tytuł mistrza Polski. Zmaganiom w Katowicach towarzyszyła omal narodowa dyskusja nad incydentem z udziałem Jana Szczepańskiego. Sprowokowany gwizdami widowni mistrz kontynentu i wkrótce czempion olimpijski cisnął w jej kierunku medalem i szarfą. Trela dotarł do finału gładko, ale w decydującym pojedynku miał bardzo trudną przeprawę z bardzo szybkim Januszem Gerleckim, którego ostatecznie minimalnie pokonał.

Na topie hierarchii wagi ciężkiej nic nie drgnęło. „Mamy tu dwóch zawodników niezłej klasy międzynarodowej – Lucjana Trelę i Lucjana Denderysa, ale nie liczmy zbytnio, że któryś z nich sięgnie po medal olimpijski” – prognozował redaktor Olszewski. Jak zazwyczaj, wyżej sklasyfikowano Trelę „za zdobycie tytułu mistrza Polski i szereg zwycięstw nad różnymi zagranicznymi rywalami”. Niezależnie od medalowych aspiracji, zarówno Trelę, jak i Denderysa bardzo interesowały paszporty do Monachium. Ważnym egzaminem miały być mistrzostwa kraju w Nowej Hucie, lecz żaden z konkurentów nie wyniósł stamtąd choćby odrobiny satysfakcji. Denderys odpadł szybko, już w ćwierćfinale, a Trela jeszcze szybciej. Epilog walki z Wiesławem Góreckim wzbudził mnóstwo kontrowersji. Wrocławianin został wprawdzie znokautowany, zaś Trela… zdyskwalifikowany za zadanie ciosu rzekomo po gongu. Interesujące, że pojedynek o bulwersującym przebiegu prowadził akurat arbiter cieszący się ogromnym autorytetem, szczecinianin Edward Łaukedrey. Pan Lucjan do dziś utrzymuje, że nie popełnił przewinienia, dyskwalifikacja była więc bezpodstawna.

Czy to niepowodzenie wpłynęło na losy nominacji olimpijskiej? Nie, zadecydowały zupełnie inne względy, natury pozasportowej. Wspomniałem wcześniej, że przed olimpiadą w Meksyku Trela należał do obozu, który opowiedział się za kandydaturą Hieronima Mrozowskiego w roli działacza. Ktoś wtedy przegrał, Stanisław Cendrowski, człek, jak się okazało, bardzo pamiętliwy. Cendrowski, gdy rozdawano nominacje na monachijską olimpiadę, przypomniał bokserowi ze Stalowej Woli tamto zdarzenie. Między wierszami mieściła się w tym odpowiedź, dlaczego do Monachium pojedzie Denderys. Inna sprawa, że fatum przy losowaniu również jemu nie dało spokoju. Denderys trafił od razu na Teofilo Stevensona i przegrał przez nokaut. Podobnie jak Duane Bobbick (USA) czy Peter Hussing (RFN) – inni rywale absolutnie bezkonkurencyjnego Kubańczyka. Zaś Rumun Alexe uciekł przed niechybnym nokautem tylko dzięki oddaniu finałowego pojedynku walkowerem. Wiosną 1973 roku Lucjan Trela wrócił z Łodzi z tytułem wicemistrza kraju. W finale lepszy był Gerlecki. Inną postacią mającą wiele do powiedzeniami w tamtym czasie był warszawianin Jerzy Skoczek, bo Klaudiusz Waldyra wzbudzał podziw nie umiejętnościami sportowymi, tylko monstrualną posturą.

Ostatnią wielką imprezą z udziałem Treli były mistrzostwa Europy w Belgradzie. „Znów start tego pięściarza był pechowy. Po zwycięstwie w ładnym stylu nad Holendrem Hennie Toonenem zmierzył się z Peterem Hussingiem. Boksował dobrze, «opracował» parę nowych sztuczek na zachodnioniemieckiego olbrzyma, ale sędziowie ocenili wyżej sylwetkę Hussinga aniżeli inicjatywę i pomysłowość Treli” – w poturniejowym komentarzu ujęto sedno sprawy. Te punktowe restrykcje objęły akurat jednego z weteranów imprezy. Trela miał skończone 31 lat, starszy o rok był tylko węgierski konkurent z wagi ciężkiej Istvan Edecs.

Jeszcze przed startem w Belgradzie Trela wziął udział w tournée polskiej reprezentacji po Stanach Zjednoczonych. Bilans sportowy tej wyprawy nie był zbytnio interesujący, Wells zrewanżował się za wcześniejszą porażkę w Warszawie. Ale w pamięci warto było zapisać coś innego. Oto w trakcie meczu w Paterson osiedleni za oceanem krajanie wspierali z trybun Trelę transparentem następujące treści: „Bij dokładnie i powoli – kibice ze Stalowej Woli”… Ponadto doszło do spotkania polskiej ekipy z legendarnym czempionem wagi średniej w latach czterdziestych, Tonym Zale (czyli mającym polskie korzenie Antonim Załęskim). Zale nawet gościł u siebie w domu kilku przedstawicieli ekipy i wyświetlił fragmenty jednej ze swych pasjonujących walk o światowy prymat z Rockym Graziano.

Wartościowym sukcesem pana Lucjana zakończył się natomiast start w bardzo mocno obsadzonym międzynarodowym turnieju o „Czarne Diamenty”. Trela w finale skrzyżował rękawice z Gadżudinem Gadżijewem (ZSRR) i wygrał ten bój. Było to powtórzenie sukcesu sprzed roku. Nie da się jednak ukryć, że wspaniała kariera powoli dobiegała kresu. Wprawdzie jeszcze dwukrotnie stawał na podium krajowego czempionatu, ale znacznie młodsi rywale (wspomniany Gerlecki, zbliżający się do apogeum formy Andrzej Biegalski) zgłaszali wysokie aspiracje. 14 grudnia 1975 roku ostatnim przeciwnikiem Lucjana Treli był Kazimierz Migała (Szombierki Bytom). Jak zdecydowana większość rywali Migała nie miał wiele do powiedzenia.
Na 275 pojedynków Lucjan Trela wygrał aż 220 (przy 11 remisach i 44 porażkach). Był uczestnikiem olimpiady w Meksyku i dwóch mistrzostw Europy. Wywalczył pięć tytułów mistrza kraju i tyleż medali z mniej cennych kruszców. Nade wszystko jednak podbił serca Polaków jako symbol niezłomności, sprytu, szybkości, w sumie nadzwyczajnych umiejętności. Mało kto dostarczył aż tylu przykładów, że w boksie oprócz rąk i nóg liczy się również głowa…

Lucjana Trelę kochała cała Polska. Zwłaszcza za bój z Foremanem w Meksyku, ale był to tylko jeden z wielu powodów.

Jerzy Cierpiatka, rozdział Ktoś, kto o mało co nie wygrał z Foremanem pochodzi z książki „Jak to było naprawdę” Wydawnictwa ARENA wydanej w 2018 roku.

FreshMail.pl