Był wtorek 12 stycznia 2010 roku, dzień jak każdy inny. W Port-au-Prince, stolicy Haiti, życie toczyło się normalnym torem, ale o godzinie 16:53 wszystko się zmieniło. Wyspę nawiedziło potężne trzęsienie ziemi o magnitudzie 7 w skali Richtera, które pociągnęło za sobą ogromne zniszczenia i setki tysięcy ofiar. Samuel Dalembert, dziś były już koszykarz występujący w NBA, w czasie kataklizmu stracił część rodziny, a sam żyje… dzięki koszykówce.

Samuel Dalembert był jedynym koszykarzem z Haiti, który grał w najlepszej lidze świata NBA w ostatniej dekadzie. Kiedy w jego ojczyźnie w 2010 roku doszło do potężnego trzęsienia ziemi, on był wówczas zawodnikiem Philadelphii 76ers. 12 stycznia miał odwiedzić rodzinę i poranny lot na Haiti był już zarezerwowany. Dwie godziny przed wylotem trener zadzwonił do niego i poprosił, był przebukował bilet na dzień następny, bo kolega, który miał go zastąpić w meczu przeciwko New York Knicks, odniósł kontuzję.

Dalembert się zgodził, jak później sam przyznał, z miłości do koszykówki. – Nie mogłem odmówić pomocy mojej drużynie. Kocham koszykówkę, bo ona daje mi możliwość uszczęśliwiania ludzi – to odpowiedź „Samiego” na pytanie dziennikarza stacji ESPN, dlaczego odwołał wizytę na Haiti. Potem gracze mieli zakaz kontaktów z mediami, a Samuel – jak to miał w swoim przedmeczowym zwyczaju – odciął się od świata: wyłączył telefon, nie oglądał telewizji – odpoczywał i koncentrował się przed pojedynkiem z nowojorczykami.

13 stycznia Haitańczyk zagrał w starciu Knicks, który 76ers przegrali 93:92, rzucając 12 punktów
i zbierając z tablic aż 21 piłek. Po meczu chciał zadzwonić do domu i poinformować rodziców, że za trzy godziny ma samolot. Telefon milczał, pomimo kilkunastu prób. Dopiero gdy zobaczył w szatni migawki wiadomości CNN zrozumiał, co się stało…

Przekaz medialny amerykańskich stacji telewizyjnych był drastyczny. Zniszczona stolica Haiti Port-au-Prince, ludzkie zwłoki na ulicach, zawalone budynki, chaos, szok i przerażenie na twarzach tych, którzy ocaleli. Dalembert chciał natychmiast być na miejscu i dowiedzieć się, co z jego bliskimi. Na lotnisku Philadelphia International Airport dowiedział się jednak, że loty do jego kraju zostały wstrzymane do odwołania.

Czułem się jak w klatce, nie mogłem się ruszyć, nie mogłem nic zrobić. Patrzyłem na obrazki w telewizji i zastanawiałem się, czy moja rodzina przeżyła, czy są bezpieczni. Starałem się być twardym, ale w obliczu takiej tragedii trudno trzymać uczucia na wodzy. Tym bardziej, kiedy patrzy się na płaczące dzieci, które panicznie poszukiwały swoich rodziców – wspomina były zawodnik m.in. Sacramento Kings po latach dzień, w którym dowiedział się o tragedii.

Próbowałem skontaktować się ze znajomymi, żeby uzyskać informacje o rodzinie, ale na próżno. Telefon milczał, przez internet też nic nie wskórałem. Pisałem nawet do mojej siostry, a potem brata, na facebooku w nadziei, że może się odezwą. Bo nadzieja umiera ostatnia – przyznał Dalembert w wywiadzie dla NBC. – Chciałem nawet wyczarterować niewielki samolot, by móc lecieć na Haiti, ale ze względu na liczne zniszczenia nikt nie chciał podjąć ryzyka lotu do mojej ojczyzny – dodał.

Koszykarz dopiero po niemal tygodniu dostał się wreszcie do swojego rodzinnego miasta i dzięki ratownikom pracującym pod gruzami jego domu dowiedział się, że odnaleziono ciało, które prawdopodobnie jest ciałem jego ojca. O reszcie bliskich nie uzyskał informacji… Kolejny tydzień minął, a wciąż nie było żadnych wieści. Ratownicy wciąż pracowali pod gruzami dzień i noc i wreszcie nadeszła pozytywna wiadomość – rodzice koszykarza jakimś cudem przeżyli, a ciało które siedem dni wcześniej wyciągnięto z zawaliska, to był jego kuzyn. Potem jeszcze odkopano zwłoki dziecka kuzyna.

Nie wiem, jak mam opisać moment, w którym zobaczyłem moich rodziców żywych. Myślę, że w tamtym dniu urodziłem się na nowo. W takim morzu nieszczęść, to było jak latarnia morska, która daje marynarzom nadzieję na szczęśliwy powrót do domu – przyznał Dalembert opisując wydarzenia z 12 stycznia 2010 roku.

Mój syn żyje dzięki koszykówce. Gdyby przyleciał na Haiti planowo, być może teraz opłakiwałabym jego śmierć. On jednak pokazał, co jest miłością jego życia, co go napędza, co jest jego paliwem. Cieszę się, że w tym jednym momencie wyżej postawił sport, niż rodzinę. Dzięki temu wciąż może biegać po parkietach NBA, a w ojczyźnie jest wzorem do naśladowania – mówiła wtedy w wywiadzie dla haitiweb.com mama koszykarza.

Samuel Dalembert jeszcze przed trzęsieniem ziemi pomagał w swoim kraju promować sport
i koszykówkę. Spotykał się z dziećmi i nie tylko pokazywał im metody treningu, ale także uświadamiał im, jak ważna w życiu każdego człowieka jest edukacja. Po tragedii z 12 stycznia założył fundację „Dalembert Foundation”, która pomaga ofiarom kataklizmów. Przez rok na rzecz bezdomnych i głodujących dzieci w Haiti, Dalembert przekazał z własnej kieszeni blisko milion dolarów. W kolejnych wspierał odbudowę swojego miasta, bo mimo iż to stolica kraju, zniszczenia nawet w rok po kataklizmie były ogromne.

– Kiedy byłem mały, zawsze chodziłem boso, bo moje stopy bardzo szybko rosły, a nas nie było stać na buty. Minęło dwadzieścia parę lat, zostałem koszykarzem, gram w NBA, mój status się poprawił. Kiedy wracam do mojego kraju, wciąż widzę bose, wychudzone i przestraszone dzieci, które wałęsają się po zrujnowanym mieście. Rząd nie zrobił zbyt wiele, by odbudować stolicę, to mi się w głowie nie mieści. W dzisiejszych czasach takie rzeczy nie powinny się zdarzać, bo te dzieci nie są niczemu winne. Dlatego z pomocą Boga zrobię wszystko, by na twarzach małych Haitańczyków zagościł uśmiech. Choćby na chwilę. Koszykówka dała mi wiele, więc teraz ja mogę dawać. Tak naprawdę koszykówce zawdzięczam życie… – szczerze przyznał Samuel Dalembert w jednym z wywiadów po katastrofie.

Fundacja „Samiego” aktywnie udzielała się w organizowaniu pomocy dla ofiar trzęsienia ziemi w Japonii w 2011 roku. Dzięki jego osobie UNICEF i Czerwony Krzyż pomagały na Haiti, a potem wsparły Japończyków. To historia człowieka, która chwyta za serce. On tego nie robił na pokaz, jak niektóre gwiazdy NBA, które pojechały na Haiti, pstryknęły sobie parę fotek w towarzystwie dzieci wśród gruzowisk i zostały uznane za wielkich darczyńców. Samuel Dalembert to człowiek, który na Haiti uchodzi za wzór, za promyk nadziei, za bohatera narodowego. Komentarz jest zbędny…

TG

FreshMail.pl