Czy zastanawialiście się kiedyś nad hierarchią zawodników w historii piłki nożnej? Czy zadawaliście sobie pytanie, na którym szczeblu drabinki umieścić swojego ulubionego futbolistę? Wiadomo, byli piłkarze światowego formatu. Byli tacy, których sława nie przekroczyła granic kontynentu, na którym rozgrywali najlepsze mecze. Byli gracze niesłychanie ważni dla swojej reprezentacji bądź klubu. Jedni niesamowicie dryblowali, inni w nieprawdopodobny sposób wykonywali rzuty wolne albo dysponowali zabójczym wykończeniem akcji. Jednak ponad szeregami tych nadzwyczajnych piłkarzy jest jeszcze jedna kategoria. Kategoria absolutnych geniuszy, najwyższy krąg futbolowego nieba. To ludzie, którzy swoją grą i charakterem zmieniali bieg sportowej historii.

Kiedy padnie pytanie, kto do owej super elity należy, automatycznie odpowiadamy Pele, Maradona, Di Stefano, Garrincha. Młodsi kibice z całą pewnością dołożą jeszcze Cristiano Ronaldo i Messiego. Ja z całą odpowiedzialnością twierdzę, że jednym z nich był Ferenc Puskás.
Wszędzie, gdzie występował, czy był to Real Madryt, Honved Budapeszt, czy reprezentacja Węgier „Galopujący Major” tworzył historię. Strzelał bramki taśmowo, obojętnie czy był to finał mistrzostw świata, czy rozgrywki o Puchar Europy.
Jeśli ktoś chce rzucić na inną osobę anatemę, swoistą klątwę, wygłasza formułkę „życzę ci, abyś żył w ciekawych czasach”. I Puskás właśnie w takim momencie historii żył i grał. Najpierw wojna światowa, potem okrutne czasy rządów komunistów i Mátyása Rákosiego, wreszcie powstanie węgierskie roku 1956. Musiał dokonywać wyborów życiowych. Dramatycznych wyborów w dramatycznych czasach. Postanowił uciec z Węgier i związać się z Hiszpanią. Do dzisiaj część Madziarów mu tego nie wybaczyła. Ale prawda jest taka, że żeby podjąć taką decyzję trzeba mieć odwagę. On odwagę i śmiałość miał.
Kiedy przyszedł do Realu Madryt udowodnił wszystkim wieszczącym koniec jego kariery, że się mylili. Katorżniczymi treningami i dyscypliną najpierw wszedł do najlepszej klubowej drużyny w historii, a później sam tę historię wraz z Di Stefano i Gento tworzył.
Grał w piłkę jak natchniony i czerpał z życia całymi garściami. Uwielbiał muzykę. Nagrał nawet płytę z wykonanymi przez siebie pieśniami węgierskimi. Uwielbiał wino, kobiety i dobre jedzenie. W tamtych ciężkich czasach pomagał swoim rodakom jak tylko potrafił. Załatwiał niedostępne za żelazną kurtyną leki, wspierał znajomych finansowo.
Zmarł w 2006 roku. Jest pochowany w najważniejszej świątyni Budapesztu, bazylice świętego Stefana. Jego nazwisko nosi węgierski stadion narodowy i obiegająca słońce planetoida numer 82656. FIFA na gali Złotej Piłki wręcza corocznie nagrodę im. Ferenca Puskása, za najładniejszego gola roku.
Zatem wszyscy zapatrzeni w Pelego czy Maradonę znawcy piłki nożnej, nie zapominajcie o węgierskim „Galopującym Majorze”. On przecież też jest futbolowym bogiem.

 

Tekst ukazał się w książce „Mundial. Historia Urugwaj 1930 – Francja 2018”

FreshMail.pl