Było Boże Narodzenie 1995 roku. Dikembe Mutombo rozgrywał swój ostatni kontraktowy sezon w Denver. Kiedy obudził się w świąteczny poranek i wyszedł na zewnątrz by zaczerpnąć świeżego powietrza, z wielkim zaskoczeniem stwierdził, że nocą ktoś… obrzucił jego dom jajkami. O nie, tego już było za wiele!

Od tego zdarzenia minęło siedem miesięcy. Kontrakt wielkoluda z Zairu (dziś Demokratycznej Republiki Konga) dobiegł końca, a ten nie miał najmniejszego zamiaru go przedłużać. Był wolnym agentem. I łakomym kąskiem, bo chciał go mieć niemal każdy zespół w lidze, No, może oprócz Chicago Bulls.

– Jestem pamiętliwy. Jeśli ktoś obrzuca ci dom jajami, kiedy wewnątrz jest cała twoja rodzina, w dodatku w dzień Bożego Narodzenia, to coś jest delikatnie mówiąc nie tak. Powiedziałem sobie: Chłopie, nie chcą cię tutaj. Zmywaj się stąd! Wtedy uznałem, że nadeszła najwyższa pora, żeby zmienić otoczenie, zmienić coś w swoim życiu – powiedział Dikembe w wywiadzie telewizyjnym po latach od odejścia z Denver.

Jak wspomniałem – chciała go cała liga, a wylądował w Atlancie. Praktycznie z miejsca „Jastrzębie” z Mutombo w składzie rozwinęły skrzydła, a ekipa Nuggets zaczęła zjazd po równi pochyłej na dno. A przecież jeszcze rok wcześniej grali w Finale Konferencji Zachodniej! Zespół z Denver bez swojego asa grał fatalnie i był o krok od pobicia niechlubnego rekordu – najgorszego bilansu w historii NBA. Mutombo przyjechał do Kolorado i Hawks wygrali bez problemów, wyrównując wtedy jeden z niesamowitych wyników NBA – zdobyli aż 65 punktów w pierwszej połowie.

– Kiedy patrzy się na nich z ławki, to człowiekowi robi się smutno – wyznał po meczu z Nuggets „Deke”. – Kiedy tu grałem to hala tętniła życiem, była pełna nawet kiedy przegrywaliśmy. Teraz ma się wrażenie, że kibice śpią, panuje dziwna cisza – dodał środkowy „Jastrzębi”, który przeciwko swoj’ej byłej drużynie zdobył 7 punktów, zebrał 10 piłek i zablokował 5 rzutów rywali. Kiedy „czapę” od Mutombo zarobił Tony Battie, center Atlanty pogroził mu palcem i wypowiedział już słynne zdanie „Not In my house!”. Robił to za każdym razem, kiedy zablokował spektakularnie czyjąś akcję. Skąd taki gest?

– Nie pamiętam, kiedy wykonałem go po raz pierwszy, ale pamiętam, dlaczego to zrobiłem. W 1992 roku, kiedy byłem rookie w Nuggets, wyróżniałem się w lidze, ale grałem w słabym zespole. Wtedy nic nie znaczyliśmy. Firmy obuwnicze rozdawały wręcz wielomilionowe kontrakty reklamowe najlepszym graczom w NBA, a ja chciałem być jednym z nich. Nie byłem Amerykaninem, pochodziłem z Zairu, którego Amerykanie nawet nie potrafią wskazać palcem na mapie, więc oprócz wzrostu, dobrej gry i wielu bloków w meczach nie wyróżniałem się niczym innym. Postanowiłem, że muszę mieć coś, co wszyscy zapamiętają. I wymyśliłem ten gest – wspomina „Deke”.

Tak właśnie „Not in my house!” przeszło do legendy. Oglądaliśmy je na parkietach NBA nieprzerwanie przez 19 lat. Dziś to nie tylko znak rozpoznawczy Mutombo, ale też globalna marka. Zairczyk podpisał bajeczny kontrakt z adidasem i doczekał się własnej, dedykowanej linii obuwia pod nazwą „adidas Mutombo”.

Dziś w NBA nie ma już Mutombo, ale tradycję grożenia rywalowi palcem po udanej akcji w obronie przejęli jego rodacy – Serge Ibaka i Bismack Biyombo – obaj pochodzący z Demokratycznej Republiki Konga. Ten pierwszy, grając dla Oklahoma City Thunder (dziś Toronto Raptors), dał się zapamiętać jako twardy defensor, który lubi ekspresywnie rozdawać „czapy”. I jest w tym całkiem niezły – w ciągu siedmiu lat zawodowej kariery “Iblocka” zapisał na koncie już ponad 1500 bloków! 23-letni Biyombo (obecnie Charlotte Hornets) dzielnie goni starszego o trzy lata ziomka i w tej chwili zbliża się do osiągnięcia 800. bloku na parkietach NBA.

Nie zmienia to jednak faktu, że to słynny członek Galerii Sław będzie już na zawsze kojarzony z tym gestem. – Kiedy widzisz, że ktoś macha w charakterystyczny sposób palcem wskazującym, to nic innego nie przychodzi ci do głowy, tylko Dikembe – uważa legenda Knicks Patrick Ewing, który był mentorem Mutombo i także grał na uczelni Georgetown, a lata później trenował „Deke”. – To tak samo, jak widzicie kogoś z wyciągniętym językiem. Nie musicie nawet mówić, o kogo chodzi – dodał „Big Pat”.

Zdarzało się też tak, że inni gracze używali tego gestu, by pokazać Mutombo, że oni też nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. W rolach głównych „Air” Jordan i Shaq 🙂


Ten gest to jedna z tych pięknych historii, które mogą się wydarzyć tylko w NBA. Modlitwa przed każdym osobistym w wykonaniu Karla Malone’a, wyrzucanie przed meczem w górę białej sproszkowanej kredy przez LeBrona Jamesa, spodenki Północnej Karoliny pod tymi Bulls i wywieszony na brodę język Michaela Jordana czy wreszcie “Not In my house!” w wykonaniu Mutombo. Dlatego tak kochamy koszykówkę, dlatego tak kochamy NBA. Jeśli kiedyś na boisku do kosza zobaczycie, jak ktoś po pięknym bloku wymachuje wymownie palcem wskazującym, to albo wychował się na NBA z lat ’90-tych, albo jest fanem i pilnie śledzi grę Bismacka Biyombo i Serge’a Ibaki…

FreshMail.pl