No to jestem skołowany. Zdezorientowany jak bażant w sklepie z żyrandolami. Jak karp puknięty niezbyt skutecznie trzonkiem noża przed kolacją wigilijną. Jak turkuć podjadek wyrzucony łopatą ze swoich głębin glebowych. Jak rak umieszczony na żywca w gotującej się wodzie, aby dogodzić wysublimowanym polskim podniebieniom. Jak górniczy pyrlik oderwany siłą od żelazka.

Mam dalej pisać? Czy wiecie już o jaki stan mi chodzi? To jest dziwne i frustrujące. Zwłaszcza dla takiego wyszczekanego zawodnika jak ja. W zasadzie po lekturze „Pięści anioła” mogę spokojnie napisać, że skołowanie to jest takie, jakby mistrz Pietrzykowski od niechcenia pogłaskał mnie po czole swoją żelazną pięścią.

Ale co ja wypisuję? Dokąd lecę ze swoimi myślami tuż po skończeniu książki? Już wyjaśniam. Odkładam przeczytane „Pięści anioła” na bok i sobie myślę. Kurde. Przeczytałeś książkę panie Norbercie praktycznie od strzała. Oderwać się od niej nie mogłeś. Cały czas czekałeś co dalej zechce autor opowiedzieć. Historie z Bielskiem w tle, a miasto to uwielbiasz przecież, były znakomite. Leży pióro zgrabnie w dłoni autora i to czuć. I to jest super przyjemne. Ma to wszystko ręce i nogi.

Dlaczego zatem jestem skołowany? Czego mi brakuje, żebym mógł tę książkę wznieś do góry i ukoronować. Namaścić w moim prywatnym rankingu na jedną z najlepszych polskich książek o pięściarstwie?

Przecież przeczytałem opowieść nie o kolejnym oblechu bokserskim, a o porządnym facecie. I tu właśnie dopadają mnie kołujące wątpliwości. Zachodzę w głowę. Jak taki ktoś jak Pietrzykowski w tym specyficznym środowisku się odnalazł? Jak ta bokserska zgraja stała się jego życiem. No tak może ktoś stwierdzić, przecież tłukł wszystkich na ringu więc musiał być „swój”. Prawda, to jest w książce wyjaśnione. Ale brakuje mi sięgnięcia nieco głębiej. Delikatnej pracy nad relacjami osobistymi między sportowymi kolegami. Jakiegoś bardziejszego wejścia w głowę Pietrzykowskiego.

Ale niech się autor nie martwi. Czepiam się, bo taki ze mnie jest typ czepialski. Napisałeś Leszku Błażyński zajebiaszczą książkę o niesamowitym człowieku. W dodatku ze świata, który został przykryty przez zawodowy cyrk bokserski z jego tonami złotych świecidełek. I ludzie już nie rozumieją, że istniało kiedyś inne pięściarstwo. A Polacy byli tego pięściarstwa znakomitą awangardą. A Pietrzykowski stuknął skutecznie Laszlo Pappa. Bo spotkali się kiedyś na ringu geniusze z różnych wymiarów rzeczywistości. Muhammad Ali, Laszlo Papp i… Zbigniew Pietrzykowski.

FreshMail.pl