Jedna z najbardziej barwnych postaci polskiej piłki lat dziewięćdziesiątych. Znakomity piłkarz, kapitan, geniusz środka pola. Niewątpliwie jeden z najlepszych rozgrywających minionych lat w polskiej piłce, człowiek, który niemal do perfekcji opanował sztukę wykonywania rzutów wolnych. Dzięki jego grze, a także bramce w 1996 roku, po raz pierwszy w historii polska drużyna – Legia Warszawa – awansowała do elitarnej Ligi Mistrzów. Mowa oczywiście o Leszku Piszu, który swoją grą, a w szczególności strzałami, czarował kibiców dwie dekady temu.

Legia Warszawa w Lidze Mistrzów w sezonie 1995/96

Urodził się 18 grudnia 1966 roku w Dębicy, przez większą część swojej piłkarskiej kariery związany z Legią Warszawa, gdzie występował przez dziewięć sezonów w latach 1986-1991
i 1993-1996. W barwach stołecznego kluby wystąpił 285 razy, strzelając 62 bramki, najwięcej oczywiście… z rzutów wolnych. Była to niewątpliwie jego wizytówka. Znalazł się w pierwszej dziesiątce najlepszych strzelców polskiej piłki, jeśli chodzi o zdobycze bramkowe ze stałych fragmentów gry. W wielu spotkaniach, jego precyzyjne uderzenia ratowały Legii skórę, albo zapewniały zwycięstwo. – Całe życie ćwiczyłem rzuty wolne. Gdy reszta biegała po lesie, ja uderzałem z każdej pozycji do znudzenia. Miałem niezłe zakwasy, ciągnęły mnie mięśnie, ale nigdy nie kładłem się na stół do masażu. Efekty tego widoczne były w meczach – wspominał w rozmowie ze sport.pl.

Zdecydowanie najlepszy okres w jego piłkarskiej karierze, przypadł na lata 1994-1995, kiedy to dwukrotnie świętował z „Wojskowymi” mistrzostwo Polski. To dzięki jego kapitalnej grze, a w szczególności bramce w rewanżowym spotkaniu z mistrzem Szwecji, drużyną IFK Goeteborg, polski klub po raz pierwszy znalazł się w gronie najlepszych drużyn na starym kontynencie, awansując do wymarzonej Ligi Mistrzów. Kibicom na pewno bramka ta zapadła w pamięci, gdyż została strzelona głową… przez najmniejszego gracza na boisku! Niewiarygodne, a jednak prawdziwe, co udowodnił człowiek mierzący niespełna 170 cm wzrostu. Ale w sumie… 168 cm mierzył sobie norweski napastnik (!) – Jahn Ivar „Mini” Jakobsen.

Kolejnym zespołem, który brutalnie przekonał się o umiejętnościach strzeleckich asa Legii, był mistrz Norwegii Rosenberg Trondheim, już w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Norwegowie tylko sześćdziesiąt minut cieszyli się z prowadzenia, po czym „Piszczyk” wypalił jak z armaty i już było po równo. Przysłowiową wisienkę na torcie w tamtym spotkaniu był kapitalny rzut wolny, który przypieczętował pierwsze zwycięstwo Legii w grupie.

W kolejnych spotkaniach jego znakomita postawa decydowała o obliczu gry Legii. Podrywał kolegów do walki w ciężkich momentach, znakomicie rozgrywał, motywował, pokrzykiwał i opieprzał partnerów z drużyny, ale był też ostoją, która wprowadzała spokój w szeregi drużyny. Dobra postawa Leszka Pisza, a także całej drużyny zapewniła wyjście z grupy i udział w ćwierćfinale Champions League. Do tej pory, sztuka ta nie udała się żadnemu innemu polskiemu zespołowi…

Za chwilę bramkarz Rosenborga skapituluje po fantastycznym uderzeniu Pisza…

Dlaczego Legii się udało, a nie powtórzył tej sztuki w późniejszych latach łódzki Widzew? Owszem, warszawianie mieli świetny jak na polskie warunki skład, dobrego trenera w osobie Pawła Janasa, ale kluczową rolę odegrała wtedy świetna atmosfera w drużynie. Może to i wyświechtany slogan, ale tak było. Za kołnierz też nie wylewano. – Jak szliśmy do baru, to całą drużyną. Ewentualnie, brakowało dwóch-trzech, a nie że piło tylko dwóch-trzech. No i kary się zdarzały. Trener Władysław Stachurski zawsze powtarzał: „kto bogatemu nie da żyć skromnie?”. Wtedy było wiadomo, że za balangę trzeba zapłacić. Ale szliśmy, a dzięki temu atmosfera między nami była super. Skoczylibyśmy za sobą w ogień – opowiadał po latach „Generał” w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”.

Poza boiskiem lubił się jednak zabawić, co w tamtych czasach nie było zjawiskiem odosobnionym w polskiej piłce. Najmilej wspomina spotkania w „Garażu”, gdzie razem z kolegami z drużyny pił piwo i rozmawiał o futbolu. – Paliliśmy, piliśmy i robiliśmy to, czego nie powinni robić wyczynowi sportowcy. Tyle tylko, że w tym wszystkim był umiar, bo rano trzeba było wstać na trening i zap… na maksa – dodaje „Piszczyk”.

Pisz od 2005 roku figuruje w galerii sław Legii – obok takich znakomitości jak Lucjan Brychczy, Stefan Białas, czy  Bernard Blaut. Dwukrotnie z Legią sięgał po mistrzostwo Polski, cztery razy po Puchar Polski i dwa razy po Superpuchar Polski. W 1991 roku z Legią doszedł do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. W reprezentacji Polski rozegrał czternaście spotkań. Tylko.

Swoją kartę zapisał też w historii greckiego klubu AO Kavala. W sezonie 1996/97 „Piszczyk” przeniósł się do PAOK-u Saloniki, ale wytrzymał tam tylko sezon i rozegrał zaledwie 11 spotkań, nie strzelając żadnego gola. Trafił do Kavali i został tam idolem publiczności. W ciągu trzech sezonów zagrał dla tego klubu 99 razy, przy okazji zdobywając 27 bramek, w większości przypadków albo z rzutów wolnych, albo po atomowych strzałach z dystansu. Gdy odszedł, został doceniony przez klub, gdyż wybrano go najlepszym obcokrajowcem w niewiele ponad 50-letniej historii tej organizacji.

Po zakończeniu kariery, były kapitan Legii wciąż związany był z piłką, zostając menadżerem Igloopolu Dębica oraz trenerem trampkarzy i juniorów tego klubu. Co robi dziś? Przykro to pisać, ale nie ma dla niego miejsca w polskiej piłce, jego bezcenne doświadczenie nie jest nikomu potrzebne. – Jeżdżę po Polsce, spotykam się z kolegami z Legii. Gramy w oldbojach. Chcę wrócić do „trenerki” – mówił w wywiadzie dla tvn24.pl w 2012 roku. Nie udało się wrócić, Pisz wciąż jest bezrobotny. Nikt go nie chce zatrudnić. Ilu już takich piłkarzy przepadło w polskim piłkarskim bagienku po tym, jak zawiesili buty na kołku? Mnóstwo. Za dużo.

Tomasz Gawędzki

FreshMail.pl