Mundial, który w 1994 roku zorganizowali Amerykanie, pod wieloma względami był historyczny i zapisał się w pamięci kibiców na całym świecie, jak dane zapisują się na twardym dysku. Kolorowe koszulki, nieszablonowe postacie, wielcy piłkarze, olbrzymie niespodzianki, piękne gole, skandale obyczajowe… Można tak wymieniać i wymieniać, ale jeśli ktoś myśli o MŚ ’94, to z pewnością nie może zapomnieć ekip z Półwyspu Bałkańskiego, które wówczas zadziwiły cały futbolowy świat!

Kiedy na polskich listach przebojów królowały Edyta Bartosiewicz i Kasia Kowalska, a na rodzącej się scenie hiphopowej pojawiła się formacja o nic nie mówiącej wtedy nikomu nazwie Kaliber 44, kiedy za oceanem w Jacksonville powstawała grupa Limp Bizkit, ze światem w przykrych okolicznościach pożegnał się Ryszard Riedl, a urodził się Justin Bieber, kiedy do kin weszły takie hity jak „Forrest Gump”, „Pulp Fiction”, „Wywiad z wampirem”, „Cztery wesela i pogrzeb”, „Skazani na Shawshank”, „Król Lew”, „Wichry namiętności”, „Leon zawodowiec”, czy też „Urodzeni mordercy”, wtedy to właśnie Stany Zjednoczone szykowały się do organizacji piłkarskich mistrzostw świata, które pod wieloma względami okazały się niezapomniane.

Działo się tyle, że sam nie wiem od czego zacząć… To może po kolei. Na inaugurację zagrali gospodarze ze Szwajcarami i od razu światu „przedstawił się” znany nielicznym fanom futbolu – Eric Wynalda. Facet przymierzył z wolnego z ok. 30 metrów i sprawił, że stojący między słupkami Marco Pascolo nie miał żadnych – podkreślam! – absolutnie żadnych szans na jakąkolwiek interwencję. Odprowadził piłkę tęsknym wzrokiem, jak chłopak spogląda na odchodzącą dziewczynę, kiedy odprowadza ją po randce do domu. Piłka tego dnia była dziewczyną Wynaldy, który tym spektakularnym uderzeniem zdobył serca kibiców na całym globie, a przy swoim nazwisku na Wikipedii, w rubryce gole na MŚ, zapisał cyfrę jeden. Ten mecz w ogóle odbywał się w hali, nieopodal Detroit, co sprawiało, że było to pierwsze i jak na razie jedyne spotkanie na mundialu, które odbyło się na tego typu obiekcie. Kto by pomyślał, że Amerykanie już w 1994 roku wpadli na pomysł, że przed upalnym słońcem można uchronić piłkarzy i schować ich pod dachem…

Kolejne mecze wprawiły w ruch diabelską maszynę, zwaną mundialem. Zmagania na arenach wyzwalały w widzach przeżycia tak wielkie, jak wielkie są szczyty ośmiotysięczników w Himalajach. Roberto Baggio czarował tak, jak potrafią tylko czarownice ze Świętokrzyskiego. Dzięki jego fenomenalnym bramkom Italia mozolnie, ociężale, ale z fartem, zmierzała do finału. W tym samym czasie swoją sambę grała Brazylia, z unikalnym duetem snajperów Romario – Bebeto. A w odwodzie młodziutki, z jeszcze prostymi zębami, Ronaldo Luiz Nazario de Lima. W pierwszej rundzie jednak show skradł reprezentant Arabii Saudyjskiej Saeed Al-Owairan, który w 5. minucie meczu z Belgami przejechał na fantazji pół boiska, przedryblował pięciu bezradnych rywali i wpakował piłkę do siatki. Takie rzeczy to wyprawiał przedtem tylko Diego Armando Maradona, który na mundialu w 1986 roku zabawił się w tak samo perfidny sposób z Anglikami, demonstrując im na czym polega „joga bonito”.
Skoro już jesteśmy przy „Boskim Diego”, to amerykański turniej był jego czwartym takiej rangi w karierze, a zarazem ostatnim. Skończyła się pewna epoka w futbolu, lata dominacji niskiego, krępego faceta z kręconymi włosami, który wprawiał świat w zachwyt i podziw. Maradona popisał się ładnym trafieniem z Grekami, ale po drugim meczu z Nigerią (ależ oni mieli koszulki, niczym z polskiego bazaru z lat ’90-tych!) wylosowano go do kontroli antydopingową i sprawa się rypła – samozwańczy „Król Neapolu” jechał na efedrynie, która na jego nieszczęście była uznawana za szprycę. Wielkie nazwisko i jego legenda nie pomogły w lamencie całej Argentyny – Diego został zdyskwalifikowany, spakowany w walizkę i wywalony na kopach z drużyny narodowej. Do ojczyzny wracał w niesławie, ale z podniesionym czołem, bo wmawiał wszystkim naokoło, że został podstępnie wrobiony. Trzeba było z bólem przyjąć fakt, że Maradona genialnym piłkarzem był…


Argentyńczyk był kapitalnym rozgrywającym, ale oprócz niego mogliśmy w 1994 roku na amerykańskich boiskach cieszyć oczy grą takich playmakerów, jak Gheorhge Hagi, Krasymir Bałakow, Enzo Scifo, Pep Guardiola, Thomas Hässler, Marco Etcheverry, Ciriaco Sforza… Tylu wybitnych graczy w jednym miejscu, na jednym turnieju! Wśród napastników też był urodzaj, bo mogliśmy z zapartym tchem śledzić niemalże „przedstawienia” Christo Stoiczkowa, wspomnianych już wcześniej Baggio i Romario, Jürgena Klinsmanna, Dennisa Bergkampa, Rogera Milli, Gabriela Batistuty, Kennetha Andersona czy wreszcie dość niespodziewanie – Olega Salenko. Wszyscy byli świetni, wszyscy dali się zapamiętać z nieszablonowych akcji, wszyscy wprowadzali na boisku element baśniowy, ale dwóch z powyżej wymienionego grona było istnymi magami, wirtuozami, o nich można było powiedzieć – myśleli „poza pudełkiem” i chyba jednak wyprzedzali o lata świetlne swoją generację piłkarzy. Pewnie się już domyślacie, ale jeśli jakimś cudem jeszcze na to nie wpadliście, mowa rzecz jasna o Rumunie Hagim i Bułgarze Stoiczkowie.

Na tego pierwszego mówili, zupełnie słusznie zresztą, „Maradona Karpat”, a o drugim można było usłyszeć, że to „Wulgarny Bułgar”, „Wściekły byk” albo „Pies”. Zacznijmy od Stoiczkowa. „Kiedy byłem małym chłopcem, pogryzłem kolegę, który obrzucał mnie kamieniami. Nazwano mnie psem. Nie było szans, aby znaleźć kogoś, kto zachowywał się gorzej ode mnie”. – tak swoje początki w juniorskich czasach wspominał były as m.in. FC Barcelony. Fakt – był nieobliczalny. Potrafił kropnąć z tak zaskakujących miejsc boiska, że nawet się filozofom nie śniło! Dla przeciwwagi potrafił też… wpaść w furię i zaatakować sędziego, za co w swoim pierwszym sezonie w stolicy Katalonii został ukarany półrocznym zakazem występów. Kiedy już wrócił, przejął pałeczkę w drużynie i poprowadził Barcę do czterech tytułów mistrzowskich z rzędu, po drodze sięgając po Puchar Mistrzów. Nigdy nie odstawiał nogi, zaciśnięte pięści zawsze trzymał w pogotowiu, walczył do upadłego i był prawdziwym liderem drużyny, za co trybuny Camp Nou pokochały go bezwarunkowo.

W reprezentacji Bułgarii z kolei miał wokół siebie graczy, którzy szli za nim jak w ogień. Trifon Iwanow, Jordan Leczkow, Ljubosław Penew, Emil Kostadinow – to była przyboczna armia Stoiczkowa, która tylko czekała na rozkaz, by rzucić się rywalom do gardeł. Bułgaria nie brała jeńców i dojechała aż do półfinału amerykańskiego turnieju, rozprawiając się w ćwierćfinale z naszpikowaną gwiazdami światowego formatu reprezentacją Niemiec, czym zaskoczyli cały świat… i chyba samych siebie też. Choć Stoiczkow strzelał jak na zawołanie i w całym mundialu uzbierał sześć goli, to na ustach wszystkich był Leczkow, który doprowadził Niemców do płaczu, rozstrzygając o końcowym wyniku ćwierćfinału spektakularnym „szczupakiem”, którego powtórki można oglądać bez końca…

Bułgarzy ostatecznie zajęli w USA 4. miejsce, dostając baty w meczu o brąz od Szwedów (gładkie 4:0), ale fachowcy i obserwatorzy nie mieli wątpliwości – Stoiczkow podbijał Europę i na koniec roku dostał Złotą Piłkę, wyprzedzając m.in. wicemistrza świata Roberto Baggio. „Gdy byłem mały, zobaczyłem w telewizji Johana Cruyffa, jak w świetle fleszy podnosił w górę Złotą Piłkę. Od tamtej pory śniłem, że spotka mnie to samo.” – przyznał Christo, a jego żona Mariana zdradziła, że nigdy nie widziała swojego męża bardziej szczęśliwego niż wtedy.


Hagi to bohater innego rodzaju. On też był nieobliczalny, ale tylko w aspektach piłkarskich. Rywale nigdy nie wiedzieli, co zrobi z piłką, ale jego partnerzy z boiska wręcz odwrotnie – byli tego pewni. Kiedy „Maradona Karpat” rozpoczynał swój taniec z futbolówką jakby przyklejoną do lewej stopy, to każdy z nich doskonale wiedział, w który sektor boiska ma pobiec, by otrzymać podanie. Hagi dryblował, czarował, zaskakiwał, olśniewał, był sercem, duszą i płucami swojej drużyny na mundialu w USA. Rumunia pokazała światu, że można grać piękny futbol, jeśli się ma odpowiednio dobraną charakterologicznie ekipę – z jedną ponadprzeciętną jednostką. To właśnie taki ponadprzeciętny gracz robi różnicę, co było widać już od pierwszego meczu Rumunów na mundialu. W starciu z Kolumbią Hagi zdobył gola, którego do dziś pokazuje się w kompilacjach najładniejszych bramek w historii mistrzostw. Hagi dostał piłkę na lewej flance, podciągnął kilka metrów i kiedy w Florin Raducioiu w polu karnym pokazywał, gdzie chce dostać piłkę, facet z „10” na plecach rzucił okiem na ustawienie bramkarza i posłał futbolówkę za kołnierz bezradnego Kolumbijczyka Oscara Cordoby. To nie była „bomba” nie do obrony, to było uderzenie z taką gracją i technicznym kunsztem, że bramkarz chyba podziwiał tę maestrię i nie zdołał skutecznie interweniować. A piłka leciała 40 metrów… Trybuny oszalały, a zdobywca gola uniósł zaciśnięte pięści w geście triumfu, jakby chciał przekazać: „Tak, zrobiłem to, a stać mnie na jeszcze więcej!”

Hagi podobnie jak Stoiczkow miał świetnych partnerów na boisku. Wspomniany Raducioiu był najlepszym strzelcem swojej ekipy (4 gole), Ilie Dumitrescu wpakował swoje jedyne dwa gole na mundialu Argentynie, cegiełkę dołożyli także Dan Petrescu i Marius Lacatus – Rumunia robiła furorę, czego dowodem był wspomniany mecz przeciwko „Albicelestes”. Hagi i spółka pokonali ich 3:2, a „Maradona Karpat” po raz kolejny zaprezentował swoją klasę, wykańczając kontrę, która może być stawiana za wzór wszystkim młodym adeptom futbolu. Prawdziwy Maradona oglądał mecz w telewizji (zawieszony za doping), a ten karpacki przejmował rolę piłkarskiego czarodzieja – umarł król, niech żyje król! „To był świetny mecz w naszym wykonaniu, ale do dziś żałuję, że Diego wtedy nie zagrał. Naprawdę chciałem go pokonać. Na boisku!” – opowiadał rumuński gwiazdor w rozmowie z magazynem „Four Four Two”.

Rumuni szli jak burza, pojawiły się głosy, że obok Bułgarii są rewelacją mistrzostw i kto wie, jak daleko zajdą. Szybko dostali odpowiedź… Zostali sprowadzeni na ziemię w ćwierćfinale przez wyrachowanych Szwedów, którzy też grali dobry turniej. Po 90 minutach na tablicy wyników widniał remis 1:1, w dogrywce prowadzenie dał Raducioiu, ale mimo wysiłków Hagiego rywale wyrównali. Serię karnych wygrali reprezentanci „Trzech Koron”, a Rumuni ze łzami w oczach musieli pakować walizki i wracać do kraju. Odpaść w takim momencie, po rzutach karnych… „Ta porażka będzie bolała już zawsze. Graliśmy jednego więcej, ale nie utrzymaliśmy prowadzenia. Mieliśmy super drużynę! Jestem przekonany, że z naszym stylem gry, byliśmy w stanie pokonać nawet Brazylię i pokazać światu naszą wielką siłę.” – uważał Hagi.

Skoro byli tacy mocni i pewni swojej siły, dlaczego więc przegrali ze Szwecją? „Każdego wieczora przed meczem grałem w remika. Jeśli przegrywałem, to następnego dnia graliśmy fantastycznie. No cóż, przed starciem ze Szwecją wygrałem, a resztę historii już znacie…” – zdradził ponad dwie dekady później od tamtych wydarzeń z 10 lipca 1994 roku. Rumunia i tak zwojowała w Ameryce więcej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Gwiazda Hagiego świeciła pełnym blaskiem, a jego nazwisko było stawiane na równi obok Romario, Baggio czy Stoiczkowa. Dla wielu obserwatorów „Maradona Karpat” był najlepszym graczem całego mundialu i nie miało znaczenia, że pożegnał się z imprezą w ćwierćfinale.

Od tamtej pory reprezentacja „Tricolorii” tylko raz osiągnęła podobny wynik – ćwierćfinał mistrzostw Europy w 2000 roku na boiskach Belgii i Holandii. Generacja piłkarzy, której wizytówką był Hagi, już nigdy więcej się Rumunii nie przydarzyła. Do dziś „Maradona Karpat” to pierwsze skojarzenie z rumuńskim futbolem kibiców na całym świecie… Podobnie sprawa się ma z „Wulgarnym Bułgarem”, który doprowadził swoją drużynę narodową do największego sukcesu w historii seniorskiej piłki. Nigdy więcej Bułgaria nie osiągnęła podobnego wyniku, nigdy potem nie doczekała się też gracza takiego formatu jak Christo… Stoiczkow i Hagi wraz z kolegami udowodnili wówczas, że Półwysep Bałkański potrafi grać futbol niebiański! Oby jeszcze kiedyś potrafił…

Pod koniec marca, nakładem Wydawnictwa ARENA pojawi się na rynku bogato ilustrowany album „Mundial. Historia”, gdzie prześledzimy losy bohaterów piłkarskich mistrzostw świata, takich m.in. właśnie jak Stoiczkow czy Hagi. Przed finałami w Rosji zabieramy czytelników w długą podróż, której towarzyszą emocje sięgające zenitu. Piszemy o zdarzeniach znanych i nieznanych. Ukazujemy mundial w różnych kontekstach: sportowym, politycznym, kulturowym…

Autorami albumu są doświadczeni i cenieni dziennikarze: Jerzy Cierpiatkai Marek Latasiewicz – przez wiele lat związani z krakowskim „Tempem” – oraz Mirosław Nowak – były publicysta katowickiego „Sportu” i tygodnika „Przegląd”.

  • O narodzinach mundialu i zasługach nieocenionego Julesa Rimeta.
  • Konstelacja największych gwiazd: od Stabile, Leonidasa, Puskása, Garrinchy, Pelego, po Beckenbauera, Cruyffa, Maradonę, Zidane’a…
  • O kulisach wielkich finałów. Dlaczego Węgrzy nie zostali mistrzami? Na czym polegał pech Rensenbrinka? Co się stało tuż przed finałem MŚ ‘98?
  • O legendarnych teamach, które przeszły do historii…
  • Od Wembley do Monachium, czyli o cudownym czasie, kiedy Biało-Czerwoni mogli zostać mistrzami świata.
  • Kiedy do akcji wkracza polityka… Dlaczego Honduras i Salwador weszły na wojenną ścieżkę? Co miał Putin do mundialu?
  • Fakty, ciekawostki, statystyki, oryginalne zdjęcia i grafika.

Tomasz Gawędzki

FreshMail.pl