Przed:

Dziwnie się czuję. Pada deszcz, parówa jak w jakimś kraju równikowym. Lepkie i ciężkie powietrze nie ma świeżości za grosz. Wszystko to powoduje, że na poddaszu, gdzie mieszkam, klimat jest jak z XIX wiecznych powieści podróżniczych w których bohaterowie siadywali od czasu do czasu na balkonach afrykańskich hoteli i próbowali zachwycać się swoją przygodą. Po prostu nie ma ucieczki przed wszechogarniającą, gorącą ścianą wilgoci. I sam już nie wiem, czy to, że moje słusznej ciężkości ciało produkuje ogromne ilości płynów to jest bardziej kwestia równikowego klimatu, czy ekscytacji w oczekiwaniu na półfinał Ligi Mistrzów. Po prawdzie to ani Lyon, ani Bayern nie wzbudzają we mnie jakiś szczególnych uczuć. Drużyny jak drużyny. Ale… Zawsze jest jakieś ale. Po pierwsze Lewandowski. Wiadomo. Życzę mu zwycięstwa w Lidze Mistrzów bardzo. Bo mu się tak zwyczajnie należy. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Po drugie turniej finałowy jest cudny, emocje w każdym meczu nieprawdopodobne i Lyon te emocje jak czarodziej z fantastycznych światów czynił. Ruszam więc bojowo w stronę fotela i pakuję swój tyłek w jego objęcia. Pyk, pilot w dłoń i gramy…

W trakcie:

Ach ci Francuzi… Nagle poczuli ducha napoleońskiego. Rzucili się na Bayern jakby wszystkie zęby chcieliby im wybić w pierwszych minutach meczu. Usadzić, ustawić sobie chcą Niemców, tak aby ci, do końca się już nie podnieśli. Jakieś boczne siatki, jakieś słupki, wybicia paniczne obrońców… Co tam się dzieje!? Przecież wszystko miało być inaczej… I kiedy już sapię i przecieram oczy łapą, bo zdumiony jestem, Gnabry dźga serce Lyonu soczystym uderzeniem. Bam! I jest jeden do zera. Ocieram spocone czoło i wlepiam wzrok w telewizor. Lyon niby przybity, ale poddać się nie chce. Gdzieś w tle snuje się komentarz Bożydara. Jak zwykle w jego przypadku to jakaś szara, nie wyróżniająca się niczym, monotonna narracja. Chociaż… Chociaż dziś czasami tworzy sprawę w sprawozdawstwie sportowym rzadko spotykaną. Wskakuje w tryb komentowania nie meczu, a tylko gry Lewandowskiego… Robert, Roberciku, Robciu… Co Ty na boisku wyczyniasz? Stres Cię zjadł? Ciężar odpowiedzialności gniecie Ci barki? Tu nie trafiasz w piłkę. Tu się coś zaplątuje, wywija, odbija i nic. Paradoksalnie jednak na tym zaplątaniu korzysta drużyna i Gnabry, który bezpańską piłkę ładuje do bramki Lyonu. Dwa w plecy to już chyba dla Francuzów koniec. Odnoszę wrażenie, że sami nie wiedzą co z tym zrobić. Niby wierzą, bo atakują, ale Bayern trzyma lejce. Cóż, teraz wypada martwić się czy Lewy strzeli… Już się zbliża koniec, już tylko kilka minut zostało. Nadzieja się tli, ale nic dziś mu nie wychodzi. Nagle wstaję, wyciągam ręce do góry i cieszę się jak dziecko. Kamień z serca spada rozbijając kafelki na podłodze. Jak nogą nie wychodzi to głową trzeba. Brawo w końcu…

Po:

Nie oddycham ciężko. Nie jestem w stanie szoku jak po meczu z Barceloną. Nie szukam opinii ekspertów znających się lepiej na futbolu niż ja. Po prostu przyjmuję 3:0 dla Bayernu z całkowitym spokojem. Tak być miało, tak być musiało… Chociaż gdyby początek ułożyłby się dla Lyonu, to kto wie… Dopijam piwo, gaszę pożary w mojej głowie, chlapię się wodą pod prysznicem. Trzeba spać. Wypocząć. W ten weekend czekają mnie dwa finały…

FreshMail.pl