Luty, 1984 rok. Parter zakładowego bloku mieszkaniowego w pewnym śląskim mieście. Śnieg pyli za oknem. Zima jak ta lala. Siedzę obok ojca na czerwonym fotelu. We wnęce pilśniowej meblościanki świeci swoim spokojnym szaro-białym światłem telewizor Neptun 624. Właściwie on to światło oszczędnie cedzi. Obraz nieco szwankuje, czasami śnieżąc jakby dostosowywał się do panującej wszechmocnie zimy.

Ale czy to nas interesuje? Pogoda na zewnątrz? Pogoda telewizora? Nie. Zdecydowanie nie. Bo na ekranie cuda się dzieją. Pochłonięty olimpijskim turniejem skoków narciarskich czuję się jakbym Amerykę odkrywał. Ojciec mocno zaangażowany, ale też i wściekle krytyczny rzuca co rusz jakąś klątwą w bidnego czarno-białego Neptunika. A on niczemu przecież nie jest winien. Po prostu pokazuje chłopaków, co ubrani w kaski i gogle, z dziury wyskakują jak króliki jakieś na rozbieg i szlus do progu. Wybicie się i poza w powietrzu. Skok trwa chwilę, ale dla mnie wtedy ta jedna krótka chwila to jakby godzina była. Narty dwie równiuśko przed twarzą trzymają, nogi jakby klejem sklejone. Skoczek to jedna kreska tnąca powietrze, otwierająca się jak scyzoryk przy lądowaniu.

Więc skaczą: mocny w nogach Czechosłowak Pavel Ploc, medalowe życzenia Jugosłowian Primož Ulaga, Vasja Bajc i  Tomaž Dolar. Lecą Niemcy chociaż z dwóch różnych krajów, enerdowiec Stefan Stannarius i erefenowiec Andreas Bauer. Wreszcie wyskakuje nasz Piotr Fijas jak zawsze tylko prawie spełniony. Wszyscy mocni, wszyscy zwarci i gotowi. Ale nie czarujmy się. Tak naprawdę liczy się tylko tych dwóch. Tylko skupiony do bólu Jens Weißflog z NRD i wyluzowany młodzieniaszek Matti Nykänen. Jeden zgarnia złoto na normalnej skoczni, drugi na dużej. Zamieniają się miejscami nie oglądając się na innych pasażerów. Za cztery lata w Calgary, z belki startowej, bo już będzie, lepiej pofrunie Nykänen. Trzy złota wyskacze. Bóg skoczni. Bóg życia, tak mu się przynajmniej wydawało…

Dziś z tej dwójki został tylko Jens Weißflog. I jakoś tak ciężko mi o nim bez Mattiego myśleć…

FreshMail.pl