Jesteśmy w Zabrzu. Konkretnie na stadionie Górnika. Zaraz przekroczymy próg głównej bramy. Zaraz winda zawiezie nas na drugie piętro. Zaraz przejdziemy korytarzami bogato udekorowanymi w zdjęcia z historii klubu. Zaraz zapukamy z nieśmiałością w drzwi gabinetu. Zaraz z szacunkiem uściskamy rękę naszego gospodarza. Zaraz znajdziemy się w świecie Stanisława Oślizło. Wieloletniego kapitana Górnika, reprezentanta Polski, strzelca bramki w finale Pucharu Zdobywców Pucharów. Ten mecz to największe w historii polskiej piłki osiągnięcie klubowe. 29 kwietnia 1970 roku na Praterstadionie w Wiedniu Górnik Zabrze zmierzył się z Manchesterem City. Niestety przegrał 2:1. Ze Stanisławem Oślizło porozmawialiśmy o tym spotkaniu, ale też zahaczyliśmy o współczesne rozgrywki pucharowe. Oczywiście z naszej polskiej, ostatnio bardzo wąskiej, perspektywy.

Cofnijmy się do 1970 roku. Jak wielkie było zainteresowanie tym meczem? Da się to porównać do teraźniejszości?

Ja jestem tym finałem załamany, zdenerwowany i zbulwersowany. Całą atmosferą tego wydarzenia. To był finał rozgrywek europejskich. Jak dzisiaj widzę takie spotkania, tę oprawę, zainteresowanie mediów, ilość widzów, euforię kibiców, kiedy porównam to z tym rokiem 1970… Ja nie mam żadnej pamiątki po tym wydarzeniu. Klub w swojej kolekcji nie ma nic co związane jest z tym meczem. Nie dano nam ani dyplomów, ani medali… Nic… Dla mnie to był i jest skandal. Nawet żartowałem, że trzeba jakiś puchar podrobić, bo przecież różne delegacje tu mamy, szkoły, młodzież i wypadałoby coś za ten finał pokazać. Ale nie mogę, bo nic po prostu nie ma. Dlatego też jestem taki rozgoryczony. Zresztą wtedy z Polski tylko dwa autokary kibiców pojechało do Austrii. Jeden z najbardziej zaufanymi ludźmi partii, a drugi z rodzinami. Nocowali w Bratysławie i w dzień finału pozwolono im wyjechać do Wiednia.

W finale jak was przyjęto w Polsce?

Z pełnymi honorami. To był duży sukces. Zadowolenie, że polska drużyna tak daleko zaszła. Jednak ja osobiście odbieram to jako porażkę. Niestety były przed tym meczem niesprzyjające okoliczności. Jeszcze tydzień wcześniej graliśmy trzeci mecz z Romą. Dogrywka tam jeszcze była. Powrót do Zabrza. Jeden czy dwa treningi i znowu wylot. Myśmy nie mieli czasu żeby się solidnie przygotować do tego spotkania. A nie byliśmy zespołem gorszym od Manchesteru City. Zdecydowanie byli w naszym zasięgu. Było tak blisko, a uciekło… Poza tym nagła zmiana trenera. W półfinale był z nami Geza Kalocsay, a w finale Michał Matyas. No i nie dał rady. Nie opanował nas. Nie sprostał temu zadaniu.

Czuliście na boisku, że możecie ich ograć?

Przed meczem tak. Na boisku, kiedy przegrywaliśmy już 2:0, to jednak atmosfera siadła. W momencie kiedy strzeliłem na 2:1 kontaktową bramkę, jakaś nadzieja wróciła. Zresztą druga połowa w naszym wykonaniu była bardzo dobra. W pierwszej słabo się prezentowaliśmy, bo trener się wystraszył. Ustawił nas w głębokiej defensywie. Wycofał atakujących graczy do obrony. W przerwie meczu, pierwszy raz w życiu, jako kapitan, schodząc do szatni, mówię: „Panie trenerze może byśmy zagrali inaczej. Może zmieńmy taktykę. Niech ten Alfred Olek gra w przodzie”. Przecież Alfred to był człowiek o żelaznych płucach. Potrafił zasuwać cały mecz. A w pierwszej połowie był zawodnikiem kryjącym reprezentanta Anglii Francis Lee. Trener dał się namówić i normalnie zaczęliśmy grać. Olek na prawej stronie, Lubański i Banaś w ataku. Zaczęło to zupełnie inaczej wyglądać. Jeszcze ulewa ogromna przetoczyła się przez stadion. Piłka co chwilę stawała w wodzie. Czas leciał i działał przeciwko nam.

Czyli umiejętnościami piłkarskimi nie ustępowaliście Anglikom.

Tym bardziej to boli. Byli w naszym zasięgu. W drodze do finału graliśmy z poważnymi drużynami. Olympiakos, Glasgow Rangers, Lewski Sofia, AS Roma. Wszystkich pokonaliśmy. Ale skończyło się na Anglikach…

Górnik dochodząc do finału Pucharu Zdobywców Pucharów zapisał się w historii polskiego futbolu. Jak pan ocenia dzisiejsze dokonania naszych klubów?

Trzymam kciuki. Nie wiem czy to pomoże tym drużynom, Piastowi czy Cracovii. Legii też. Chociaż wszyscy dzisiaj mówimy, że ta Legia znowu zawojuje Ligę Mistrzów, a okazuje się, że nawet mistrzostwa kraju nie potrafi zdobyć… W poprzedniej edycji odpadli z drużyną z Luksemburga… Szkoda.

Powiem Panu, że polskie drużyny to dzisiaj zlepek zawodników z różnych krajów. I trochę tego nie rozumiem. Nie wiem jak to wygląda w szatni. Kiedyś byliśmy, jako drużyna ze sobą osiem, dziesięć lat jednym składem, który się oczywiście zmieniał ale większość była ta sama. Spotykaliśmy się po zajęciach w klubie, lubiliśmy się jako koledzy. Rodziny się znały. To było pozytywne. Teraz tego brakuje. Jeden mieszka w Katowicach, tamten pochodzi z Hiszpanii, inny nie potrafi się dogadać. Przecież tak się nie da zawiązać więzi międzyludzkiej. Sport nie lubi takich sytuacji. Niejasnych momentów. Drużyny ligowe nie są ustabilizowane pod tym względem. Z klubów się odchodzi i przychodzi… A na zgranie drużyny, pod każdym względem, potrzeba czasu. Motywacje piłkarzy są takie same jak w moich czasach. Więc gdzie jest pies pogrzebany? Trudno mi na to odpowiedzieć.

Czy wyobrażał pan sobie taką sytuację, że odpadacie w pucharach z drużyną, której nazwy kibic kompletnie nie kojarzy? A przecież tak jest z naszymi zespołami dziś.

Któryś z byłych piłkarzy kiedyś powiedział, że w naszych czasach jedliśmy naturalne sałaty z ziemi, obiady normalne, a dziś jedzą piłkarze jakieś cuda dietetyczne. Może to ich hamuje? Już takie teorie są wymyślane (śmiech).

Był pan nowocześnie, ofensywnie grającym obrońcą. Jak Pan oceni wasze umiejętności techniczne w porównaniu do dzisiejszych?

W latach sześćdziesiątych też już były symptomy takiej nowoczesnej gry bocznych obrońców. W latach siedemdziesiątych w Górniku, trener Kalocsay przestawił Alfreda Olka na bok obrony z zadaniem inicjowania rajdów i dośrodkowań czy uderzeń na bramkę. Podobnie w latach osiemdziesiątych tak grał w Górniku Kostrzewa. Bardzo do przodu i zagrażając rywalom. Ale w tej chwili to już jest obowiązek, a nie wyjątek.

Ale zaczynał pan jako napastnik.

To zamierzchłe czasy. Jeszcze wtedy nie myślałem o karierze poważnie. Bardziej pociągała mnie siatkówka czy gimnastyka. A potem, dopiero w liceum, w wieku 17 lat zacząłem grać w piłkę. W kadrze narodowej debiutowałem w 1961 roku. Miałem wtedy 24 lata. Włodek Lubański zaczynał grę w reprezentacji w wieku 16 lat (śmiech). On pobiłby wszystkie rekordy gdyby nie kontuzja. Lewandowski nigdy by go nie dogonił. W żadnym razie. Ani w ilości bramek, ani w ilości występów w reprezentacji. No, ale historia potoczyła się jak potoczyła…

Kto był najlepszym piłkarzem w historii Polski według pana?

Włodek Lubański. Blisko niego Boniek, Deyna, Ernest Pohl, Gerard Cieślik.

A najlepszy trener z który pan współpracował?

Geza Kalocsay. Bezsprzecznie.

Nie chcieliśmy sugerować, ale każdy kto współpracował z nim tak uważa…

On nas rozumiał. Nie miał problemów z komunikacją. A z polskich Karol Dziwisz.

A najlepszy sprawozdawca sportowy (śmiech)?

Tu wiadomo. Jasiu Ciszewski (śmiech)…

 

 

Rozmawiali: Norbert Tkacz, Daniel Karaś i Dávid Zeisky. Materiał powstał we współpracy ze stroną http://www.blog358.pl

 

FreshMail.pl