Nie da się w żaden sposób jednoznacznie określić, kiedy i gdzie dokładnie narodziła się piłka nożna. W Chinach grano w cuju, w Japonii w kemari, ulamę i juego de pelota w Ameryce Łacińskiej, na Wyspach Brytyjskich w football, a we Włoszech w calcio. Wiadomo natomiast, że jest to dziś najpopularniejsza dyscyplina sportu, którą na świecie uprawia aż 265 milionów ludzi. Gdzie powstała piłka nożna? Zdania są podzielone…

 

Dla piłki tracili głowy

 

Ulama powszechnie uznawana jest za najstarszy sport na świecie związany z kopaniem lub odbijaniem piłki. Z lubością grali w nią przede wszystkim Majowie i Aztekowie, ale nie była ona obcą grą także dla Tolteków, Misteków, Totonaków czy Zapoteków. Gra nie miała jednak służyć do rozrywki, miała bardzo głębokie podłoże religijne i często rozstrzygała największe spory wśród Azteków. Dziś można śmiało powiedzieć, że była to najbardziej krwawa gra, jaką zna świat. Nie chodzi tu bynajmniej o odnoszone kontuzje, ale o to, że można było po zakończonej rozgrywce… stracić głowę!

W ulamę grano kauczukową piłką, która powstawała w żmudnym procesie  gotowania kauczuku, trwającym nawet dwie doby. Tak wytworzona piłka ważyła ok. 3-4 kg, więc gra wcale nie należała do najprostszych. Jako że kauczuk był w tamtych czasach bardzo cennym surowcem, spełniał również funkcję środka płatniczego. Często zdarzały się sytuacje, że wyprodukowaną piłkę rozcinano na kawałki i wymieniano w zamian za… młodego mężczyznę, który następnie był zabijany w ofierze bogom. Brzmi niewiarygodnie, ale cywilizacje Ameryki Łacińskiej wierzyły, że „młoda krew” doda witalności temu, który ową ofiarę składa.

Majowie nazywali ową grę juego de pelota, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza kopanie piłki. Zasady gry w ulamę, jak i juego de pelota były niemalże identyczne: trzeba było wrzucić kauczukową piłkę do kamiennej obręczy, zawieszonej na ścianie boiska. Można pomyśleć, że chodziło o grę w koszykówkę, ale nic bardziej mylnego. Z pozoru proste zadanie – trzeba być tylko szybszym, sprytniejszym, a najlepiej wyższym od przeciwnika i po kłopocie. Jednak z pozoru proste rzeczy, często bywają najtrudniejsze. Trzeba bowiem pamiętać, że podczas gry w ulamę lub juego de pelota, wspomniana obręcz, która niejako imitowała bramkę, była zawieszona… na wysokości kilku metrów!

Do tego ważyła kilka kilogramów, a zawodnik mogli ją odbijać tylko kolanami, łokciami i biodrami. Rzecz jasna nie preferowano wtedy gry głową – dziś nieodzownego elementu meczu piłkarskiego – która w przypadku gry taką piłką, mogła zakończyć się śmiercią. Oczywiście już wtedy starano się zabezpieczyć i zminimalizować jak się da ryzyko urazów w czasie gry, dlatego też opatentowano specjalne ochraniacze, które chroniły części ciała, którymi podbijano piłkę. Mimo to, jak nietrudno się zapewne domyślić, podczas gry często dochodziło do ciężkich uszkodzeń ciała, a niektórzy z powodu odniesionych obrażeń nie dokańczali gry, umierając na boisku… Ochotników do gry nie brakowało, ponieważ udział w takiej rozgrywce był poczytywany jako zaszczyt, a poza tym można było kogoś zabić. Pod jednym warunkiem – najpierw trzeba było wygrać.

 

Śmierć zamiast pucharu

 

Gra w ulamę, lub juego de pelota, toczyła na się na długim boisku, które kształtem przypominało dwie litery T złączone ze sobą podstawami. Nie istniały wówczas określone reguły co do długości i szerokości boiska, dlatego też place do gry miały różne wymiary – średnio ok. 50 m długości i około 4-6 m szerokości. Najbardziej imponującym boiskiem, które do tej pory odkryto na terenach Ameryki Lacińskiej, jest  to w Chichén Itzá – 166 metrów długości i 68 szerokości, a bramki znajdowały się wówczas na wysokości aż 6 metrów. Nic, tylko grać na takim „lotnisku”. Na środku boiska znajdowała się linia, oddzielające dwie połowy. Grano zazwyczaj w pięcioosobowych składach, zwycięstwo zaś odnosiła ta drużyna, która zdobywała 8 punktów. Z tego powodu mecze nierzadko trwały nawet pół dnia i kończyły się wraz ze „śmiercią słońca”, czyli jego zachodem.

Jak już wspominałem, gra nie służyła jedynie rozrywce. Miała wielowymiarowe znaczenie, była uznawana za rytuał, w czasie którego odbywała się odwieczna walka dobra ze złem. Kiedy jedna z drużyn wygrywała wierzono, że właśnie pokonano siły związane ze złymi duchami i mocami. Majowie, a także Aztekowie, grając w piłkę, bardzo często załatwiali swoje porachunki: zamiast toczyć wojny, wystawiano swoich najlepszych „piłkarzy” naprzeciw siebie i ten kto wygrał, mógł… zabić swoich rywali. Wtedy za zwycięstwo nie wręczano okazałych pucharów, przegrani nie dostawali srebrnych medali – czekała na nich rzeź. Przed meczem próbowano także dodać sobie odwagi, paląc określony rodzaj ziół. Może w ten sposób także drużyna zdobywała wizję gry? To już działka dla speców od boiskowej taktyki. Nie zmienia to jednak faktu, że juego de pelota była krwawą, okrutną, przeznaczoną dla największych twardzieli, grą o życie. Kapitan drużyny zwycięskiej, odcinający obsydianowym nożem głowę kapitana przegranych – to najczęściej spotykana scenka, na jaką natknięto się na znalezionych reliefach, zdobiących ściany boiska na terenie dzisiejszego Meksyku.

 

Z boiska w zaświaty

 

Istniał też inny, bezkrwawy wariant tej gry, z którego słynęło Monte Alban –  dawne centrum kulturalne Mezoameryki, rozpościerające się na wzniesieniach Wyżyny Meksykańskiej w stanie Oaxaca w Meksyku. Tam grano głównie dla sportu, czasem rozstrzygano spory dotyczące własności ziemi, lub walczono o posiadanie danego terenu, grając w pelotę. Przedmiot sporu ustalano przed meczem, a po jego zakończeniu, zgodnie z kodeksem honorowym, zwycięzca dostawał to, o co walczył. Częściej jednak historia wspomina o boiskach spływających juchą, którą czasami rytualnie nacierali się zwycięzcy, przejmując siłę i moc przegranych. Najciekawsze jednak w tym wszystkim jest fakt, że Majowie, a także Aztekowie, boisko traktowali jak portal, przez który można komunikować się… ze światem zmarłych. Dlatego też boiska do gry budowano w pobliżu świątyń, a także jezior, rzek i innych akwenów wodnych. Dlaczego? Bo wierzono, że woda ułatwia kontakt z zaświatami i bóstwami.

Piłka nożna w okresie mezoamerykańskim nie miała prawie nic wspólnego z dzisiejszym wymiarem tej gry, ale źródła historyczne – takie jak np. Cronica Mexicana – uznają ją za „prababkę” dzisiejszego futbolu. We współczesnych nam czasach krew na boisku leje się niezwykle rzadko, a piłkarze nijak nie przypominają tych azteckich wojowników. Chyba że mówimy o angielskiej Premier League, która jest uznawana za najlepszą ligę świata. Tam nie brakuje drwali, rzeźników i zawodników posturą przypominających fighterów rodem z MMA.

 

FreshMail.pl