Dziwne, że Polak pisze książkę o amerykańskim sportowcu, prawda? Jeszcze bardziej dziwne, że pisze ją Polak, który nigdy nie widział go w akcji na żywo z wysokości trybun. Pisze ją natomiast Polak, który wychował się na NBA w polskiej telewizji od początku lat 90., który chłonął wszystko, co było w Polsce dostępne w tamtym czasie. Wszystkie transmisje, magazyny poświęcone NBA, a także prasa – najpierw głównie „Magic Basketball” oraz „Probasket”, a w późniejszych latach i czasach większej dostępności ze względu na znajomych w USA – „Sports Illustrated”, „New York Times”, „Slam” i jeszcze kilka innych. W tak zwanym międzyczasie, zacząłem także regularnie oglądać ESPN oraz TNT, miałem wszystkie league-passy, a do tego dochodziły mecze pokazywane w Polsce już przez Canal+.

Zacząłem oglądać NBA od 1991 roku, więc załapałem się na pierwszy mistrzowski tytuł Chicago Bulls oraz niezrównanego Michaela Jordana. Fanem jednak wielkim nie byłem – podziwiałem, szanowałem, naśladowałem, w pewnym momencie nawet też chciałem „być jak Mike”, ale bez przesady. Nie pamiętam w sumie do końca, jak to się stało, ale sympatyzowałem z New York Knicks. Pat Ewing, Charles Oakley, Anthony Mason i John Starks skradli moje serce. Później Larry Johnson, Latrell Sprewell i Alan Houston. Jeszcze później pojawiła się moja miłość do 76ers – a konkretnie od kiedy wybrali w Drafcie ’96 Allena Iversona. Miłość, która trwa do dziś. „Sir” Charlesa z Filadelfii też pamiętam, ale to AI był i jest jednym z najlepszych graczy w historii NBA w moim prywatnym rankingu. Jednym z moich bohaterów młodzieńczych lat jest także Vince Carter.

Kiedy VC wszedł do ligi z Draftu ’98, to szczerze przyznam, że nie spodziewałem się gracza takiego formatu. Carter w swoim debiutanckim sezonie z miejsca został liderem drużyny i najlepszym w statystykach punktowych, a jego wysokie loty nad obręczami zachwyciły nie tylko Amerykę, ale w sumie można powiedzieć, że cały świat. Atletyzm, energia, widowiskowość – na tym opierali swoją grę Toronto Raptors od momentu, kiedy na parkiety wkroczył Vince. Szybko zyskał wielką popularność i sprawił, że kibice koszykówki zaczęli kojarzyć, że Raptors są z Kanady, a nie USA. To właśnie on i jego kuzyn Tracy McGrady w pewnym momencie stali się twarzami ligi, wypełniając pustą lukę po odejściu na emeryturę wielkiej legendy – Michaela Jordana.

Słynny Slam Dunk Contest z udziałem Cartera, a potem jeszcze bardziej słynny wsad nad Frederikiem Weisem podczas Igrzysk Olimpijskich w 2000 roku Sydney, to dwa naprawdę wielkie momenty w karierze Vince’a, ale także dwa wielkie momenty, które na stałe wpisały się w historię koszykówki. Ten facet potrafił porwać tłumy swoimi paczkami i zadziałać na wyobraźnię młodych ludzi, którzy podobnie jak ja jarali się basketem zza oceanu. Vince Carter był po prostu niesamowity, zastanawiano się czy w ogóle jest człowiekiem, aż w końcu przylgnął do niego jeden z wielu przydomków obok „Vinsanity” i „Air Canada”. „Half-Man, Half-Amazing” – w połowie człowiek, w połowie niesamowity. Głupio to nawet tłumaczyć na polski, bo traci sens. Każdy, kto pasjonował się kiedyś i wciąż śledzi NBA, wie o kim nowa.

Dlatego w sumie długo nie zastanawiałem się nad tytułem tej książki. Od początku wiedziałem, że jeśli kiedyś uda mi się spełnić jedno z marzeń i napisać książkę o NBA, a nie tylko ją wydać, to będzie miała właśnie taki tytuł. Vince Carter sam mnie do tego niejako sprowokował, bo powiedział dość i zszedł z parkietów po 22 latach. Nikt do tej pory nie grał tak długo w NBA, jak właśnie on. Widziałem całą jego karierę, a może lepiej napisać – byłem świadkiem jego przygody z koszykówką. Kiedy ogłosił w czerwcu 2020 roku, że kończy z zawodowym graniem, to zdałem sobie sprawę, że to kres pewnej ery. W momencie, kiedy Vince Carter ogłosił oficjalnie zakończenie kariery, skończyła się pewna epoka – nie ma już żadnego aktywnego zawodnika, który został wybrany w Drafcie w latach 90. Byłem z nim od pierwszego dunku w Toronto, do ostatniego rzutu w Atlancie. I o tym Wam teraz opowiem…

Tomasz Gawędzki