To pan panie Czado wbił mi skutecznie do głowy te Szombry. Wmontował pan w mój umysł, sprytnie i solidnie.

Nie piszę tego w sensie obowiązkowego tłoczenia w mózgownicę różnego rodzaju, potrzebnych, acz głęboko niechętnie przyjmowanych informacji w otchłaniach szkół, które lepiej albo gorzej przechodziłem (to jest dobre słowo w mojej sytuacji). Piszę to, aby uświadomić wszystkim, którzy niespodzianie lub z zamysłem sięgną po książkę „Zieloni. Szombierki, niezwykły śląski klub” aby absolutnie nie traktowali jej jako twardej statystycznej, okraszonej najdokładniejszymi dociekaniami nad pokrytymi mgłą zapomnienia liczbami encyklopedii.

Bo to jest drodzy Czytelnicy reportaż. Reportaż stojący okrakiem na przeszłością i teraźniejszością. Bo miesza się to wszystko, kotłuje, przeplata. Bo ludzie tam mówią. Bo ludzie wspominają, wzruszają, rozśmieszają. Czasem z żalem. Czasem z wyrzutem. Czasem z nostalgią.

Trzeba przeczytać, aby wysłuchać. A jak się już zacznie, to po prawdzie odkładać się książki ni cholery nie chce. Nieważne, że ktoś nie zna nazwisk o których pisze autor. Nieważne, że miejsca dla większości Polaków stanowią egzotyczną zagadkę. Przecież, choć wszyscy wiedzą, że lubi się tylko te piosenki, które się zna, to tak naprawdę chodzi o to, aby wyjść ze swoich mundurków zainteresowań i zakrzyknąć. Ja pierdzielę! Tego nie wiedziałem, a to takie smaczne! Takie ciekawe! Wincyj mi tego proszę dać! Wincyj!

I stawiam na szali część mojego doświadczenia z obcowaniem z książkami sportowymi, że każdy tak zareaguje po tej lekturze. Wy wszyscy, którzy wątpicie. Jesteście sceptykami albo chodzą Wam po głowie tylko wielkoformatowe kluby lub wydarzenia. Będziecie zadowoleni. Ukontentowani tym, że nie zgubiliście swojego cennego czasu konsumując Zielonych.

Trochę mam jednak niedosytu. Ale niedosyt po dobrym daniu mam zawsze. Brakuje mi więcej opowieści o Poniatowskim (od którego wywodzą swoją historię Szombierki). Mało jest o Schomberg SV. Ogólnie o Bytomiu. Nawet o Polonii. Ale… Pal licho, to przecież książka o Szombrach.

Prywatnie przyznam, że trochę bałem się tej książki. Bo sam jestem ze Śląska i związki Zielonych z moją „rodzinną” drużyną (każdy taką ma) też są znaczące. Bo książka została wydana w mieście, w którym się wychowałem. Można w takiej sytuacji udawać bezstronnego, zainteresowanego tylko treścią, bez cienia prywaty? Ciężko. Taka prawda. Całe szczęście, po wszystkim głęboko odetchnąłem. Nie trzeba wspierać się osobistymi względami, chrzanić to. Ten reportaż jest po prostu dobry. Dobry jak jasna cholera…

FreshMail.pl